translate

Śri Adi Śankara - Twórczość





Jedyne dziecko swoich rodziców, przyszedł na świat w wiosce Kaladi, nad brzegiem rzeki Perijar, w gorącym południowoindyjskim stanie Kerala. Miało to miejsce zapewne około r. 788. Oboje rodziców - ojciec Siwaguru i matka Arjamba - należeli do wysokiej kasty bramińskej Nambudiri, toteż chłopiec od wczesnego dzieciństwa musiał zgłębiać tajniki rytuału wedyjskiego, sanskrytu i filozofii.

Już jako dziecko nie zdradzał zamiłowania do zabaw z rówieśnikami ani prac domowych. Marzył o życiu wędrownego sadhu, ascety-filozofa, których wielu często przechodziło przez wieś i czasem zaglądało do domu jego rodziców. Jednakże dopiero śmierć ojca pozwoliła mu te marzenia urzeczywistnić. Wymusiwszy zgodę matki, siedmioletni chłopiec opuścił dom w poszukiwaniu przygód i wiedzy.

Gdzie i jak długo wędrował - nie wiadomo. Ale pewnego dnia spotkał mistrza Gowindę Bhagawatpadę i został jego uczniem. U Gowindy właśnie zapoznał się z filozofią adwajta-wedanta, stworzoną przez Gaudapadę, nauczyciela Gowindy. Według tej filozofii wszystko, cały istniejący świat, jest to jeden jedyny Duch, Brahman; cała zaś różnorodność, jaką widzimy, to tylko Maja, zasłona ułudy, która się bierze z naszej nieświadomości Jednego.

Z rąk Gowindy również otrzymał Siankara inicjację w sannjasę - wyrzeczenie, porządek życia wolny od wszelkich związków ze światem. Teraz, odziany w pomarańczowe szaty mnicha, ruszył w wędrówkę po Indiach, by głosić filozofię adwajta-wedanty. Wdawał się w dysputy z największymi uczonymi owych czasów, pisał prace filozoficzne, zdobywał wielu wiernych uczniów i zagorzałych zwolenników. W ciągu kilkunastu lat uczynił adwajta-wedantę najważniejszym i najsłynniejszym systemem filozoficznym Indii na następnych kilka stuleci.

Mówi się, że trzy razy przewędrował Indie i na czterech krańcach subkontynentu założył cztery klasztory: w Śringeri (stan Tamilnadu) na południu, w Dżagannath Puri (stan Orisa) na wschodzie, w Badrinath nieopodal źródeł Gangesu na północy, oraz w świętej Dwarace na zachodzie, na półwyspie Kathiawar. Klasztory te istnieją do dziś, a ich przełożeni tradycyjnie przyjmują tytuł "Siankaraczarja". Siankarze również przypisuje się stworzenie reguł dla "dziesięciu zakonów" - daśanami, do jakich należy dziś znakomita większość mnichów w Indiach.

Choć głosił absolutny monizm, choć zwalczał rytualizm i bałwochwalstwo, przecież barwna religia hinduska bliska była jego sercu. W przerwach między dysputami i pisaniem wypracowanych komentarzy do Brahmasutr, świętych Upaniszad i Bhagawadgity mistrz Siankara śpiewał ułożone przez siebie wiersze do różnych bogów i bogiń, z których szczególnie ukochał trójokiego Siwę.

Zmarł około roku 820 w wieku trzydziestu dwóch lat. Niektórzy mówią, że wszedł do himalajskiej jaskini opodal Kedarnath i już nie powrócił; inni, że rozpłynął się w powietrzu w klasztorze w Kańczipuram, nieopodal Madrasu.


Gdy Siankara po raz pierwszy wszedł do groty, w której mieszkał Gowinda Bhagawatpada, zastał mistrza pogrążonego w samadhi. Długo czekał, aż się przebudzi, chcąc prosić, by przyjął go na ucznia – lecz bezskutecznie. Dwa razy jeszcze przyjść musiał mały Siankara do groty świętego, nim ów wreszcie otworzył oczy. Z ust jego padły słowa: „Kim jesteś?” Wtedy Siankara odpowiedział strofami hymnu znanego jako Dasiaśloki: Nie jestem ziemią ani wodą, ogniem ani wiatrem, nie jestem przestrzenią, zmysłami ani tym wszystkim razem, bo wszystko to jest niepewne. Jestem tym, co pozostaje, co dostępne jest tylko w śnie głębokim, jestem jednym jedynym Siwą!



Sześć strof o nirwanie

Nie jestem rozumem, myślą, sercem, jaźnią
Uchem ni językiem, nosem ani okiem,
Ni niebem, ni ziemią, ni ogniem, ni wiatrem –
Jam Świadomość–Szczęście! Jam Siwa! Jam Siwa!
Nie jestem oddechem ani piątką wiatrów,
Siódemką składników ani piątką powłok,
Ani żadnym z pięciu narządów działania –
Jam Świadomość–Szczęście! Jam Siwa! Jam Siwa!
Nie mam nienawiści i nie mam pragnienia,
Żądzy, zaślepienia, pychy ni zazdrości,
Majątku, miłości, dharmy, wyzwolenia –
Jam Świadomość–Szczęście! Jam Siwa! Jam Siwa!
Nie znam zasług, przewin, szczęścia ni cierpienia,
Mantry ni pielgrzymki, Wedy ni ofiary,
Nie jestem jedzeniem, jadłem ni jedzącym –
Jam Świadomość–Szczęście! Jam Siwa! Jam Siwa!
Nie znam strachu śmierci, różnic urodzenia,
Nie mam ojca, matki i nie mam narodzin,
Krewnych ni przyjaciół, Guru ani ucznia –
Jam Świadomość–Szczęście! Jam Siwa! Jam Siwa!
Jam niepomyślany, bezkształtnej postaci,
Wszechobecny, wszystkie przenikając zmysły
Zawszem jest jednaki, ni wolny, ni w pętach –
Jam Świadomość–Szczęście! Jam Siwa! Jam Siwa!



Bukiet nirwany

Nie jestem człowiekiem, bogiem ni demonem,
Gandharwą ni jakszą, ni z pisiaczów rodu,
Nie jestem niewiastą, mężem ni eunuchem –
Jam Siwa w postaci najczystszego światła!
Nie jestem dziecięciem, młodzieńcem ni starcem,
Uczniem, gospodarzem ani pustelnikiem,
Żebrakiem ni członkiem żadnego ze stanów –
Jam Siwa, jedyny niszczyciel narodzin!
Nie jestem myślącym, chodzącym, mówiącym,
Sprawcą, doznającym ani wyzwolonym –
Jak postać mam zjawisk umysłu, tak samo
Jam Siwa, co wszystkie oświetla zjawiska!
Co wewnątrz jest i na zewnątrz, wiecznie czyste,
Zawsze jedno, źródło Bytu–Myśli–Szczęścia,
Z czego się świat gruby i subtelny zjawia,
Z czego to potomstwo jest – tym właśnie jestem!
Czego śmierć się lęka i przez co do woli
Umysł, serce, rozum i zmysły się cieszą,
Z czego światło zwane Harim, Brahmą, Rudrą,
Indrą czy Księżycem jest – tym właśnie jestem!
Co jak przestrzeń wszędzie obecne i ciche
Blaskiem jest najwyższym, bez kształtu, wspaniałe,
Bez początku i końca, nazwane Siankarą,
Co wewnątrz się widzi – tym właśnie ja jestem!



Poranne przypomnienie

Rankiem wspominam w sercu rozbłysłą Prawdę Siebie,
Byt-Myśl-Szczęście, cel życia paramahansy, turję,
Która marzenia, jawę i sen ogląda wiecznie -
Tym Brahmanem ja jestem, nie zaś zlepkiem żywiołów!
Rankiem czczę dla umysłów i słów niedostępnego,
Z łaski którego słowa wszystkie się pojawiają,
O którym "Nie to, nie to!" mówią Nigamy - Jego
Zwą Bogiem bogów, Pierwszym, bez początku i końca!
Rankiem pozdrawiam barwy słońca poza ciemnością
Odwieczny stan Puruszą Najwyższym zwany, wszystek,
W którym ten świat bez reszty, w bez reszty doskonałym,
Jak wąż widziany w sznurze zdaje się być zaiste!
Trójkę wierszy tę pomyślną, co ozdobą jest światów trzech,
Kto przeczyta o poranku, ten osiągnie Najwyższy Cel!


Pewnego ranka po kąpieli w Gandze Siankara wracał do świątyni Wiśwanathy. Wtem ujrzał, że z naprzeciwka zbliża się doń czandala, niedotykalny, z psami myśliwskimi i dzbanem wina na głowie. Siankara poprosił go, by zszedł mu z drogi. W tej samej chwili czandala zapytał: „Kto ma ci się usunąć z drogi, ciało czy dusza? Ciało każdego człowieka składa się z krwi, mięsa i kości, jego budowa również jest podobna. Natomiast dusza jest powszechna i wszechobecna. Które z tych dwu ma ci zejść z drogi?” Siankara domyślił się z tej odpowiedzi, że czandala nie był zwykłym człowiekiem. W rzeczy samej był to Siwa, który pojawił się przed nim pod postacią czandali. Siankara padł mu do stóp, mówiąc, że ten, kto dotarł do Brahmana i osiągnął poczucie jedności ze wszystkim, jest dlań Guru, bez względu na to, czy jest braminem czy czandalą…



Pięć strof o pewności

Ta świadomość, co jawi się najjaśniejsza
na jawie, w marzeniach, śnie,
Co od Brahmy po mrówkę ciała przenika
i światu przygląda się,
Ona właśnie to JA – a nie rzecz widzialna!
Kto w wiedzy tej mocno trwa,
Czy on będzie czandalą czy też braminem –
jest Guru. To pewność ma.
„Jestem tylko Brahmanem, a świat ten cały
jest jeno rozkwitem Czit,
I to wszystko przez trójgunową niewiedzę
w całości jest tworem mym…”
Czyja myśl tak niezmiennie trwa w najszczęśliwszym,
wiecznym, najwyższym, bez skaz,
Czy on będzie czandalą, czy też braminem –
jest Guru. To pewność ma.
On zapewnił słowami Guru, że stale
przemija cały ten świat,
I wiecznego stale czujący Brahmana,
ucichły, wolny od kłamstw,
Przeszłe i przyszłe grzeszne czyny spalając
w ogniu poznania do cna,
Owocującym czynom własne swe ciało
poświęcił. To pewność ma.
Ten, przez ludzi, zwierzęta i bóstwa jasno
wewnątrz chwytany: „to ja”,
Blaskiem którego świeci sam bezlik martwych
przedmiotów: serc, oczu, ciał,
Błysk podobny do tarczy słońca zakrytej
przez oświetlony nią świat
Jeśli jogin wciąż duma z myślą ucichłą –
jest Guru. To pewność ma.
W morzu szczęścia, z którego kroplą najmniejszą
nasyci się każde z bóstw,
Które w pełni w umyśle cichym znalazłszy
mędrzec nie pragnie nic już,
Kto w tym morzu radości wiecznej się skąpał,
jest Duchem, nie zaś Go zna –
Temu do stóp się kłania sam władca bogów.
Zaprawdę, to pewność ma!



Oktawa do Guru

W ciągu setek żywotów zjednany bhakti
złączoną z prawdziwą czcią
Przez czcicieli z wedyjskim zgodnie przepisem
zadowolony sam Bóg
Postać widomą Guru przybrał łaskawie
i w jawnym kształcie pra-Byt,
Prawdę dobrze wskazawszy, z morza cierpienia
sansary wybawia ich.
Można mieć piękne ciało i żonę wspaniałą,
Sławę, urok i talent, skarby równe Meru…
Lecz jeśli myśl nie mieszka w lotosie stóp Guru,
Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego?
Żona, wnuki, synowie, dóbr wszelakich mrowie,
Dom, krewni, przyjaciele – niech to wszystko będzie!
Lecz jeśli myśl nie mieszka w lotosie stóp Guru,
Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego?
Ktoś Wedy ma na ustach, zna Sutry i Siastry,
Ktoś inny słynie z prozy lub wiersza pięknego –
Lecz jeśli myśl nie mieszka w lotosie stóp Guru,
Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego?
„Mam sławę za granicą i bogactwo w kraju,
Nie ma w prawym działaniu ode mnie lepszego!” –
Lecz jeśli myśl nie mieszka w lotosie stóp Guru,
Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego?
Czyimś stopom–lotosom cześć oddają stale
Rzesze królów i książąt, władców ziemi całej…
Lecz jeśli myśl nie mieszka w lotosie stóp Guru,
Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego?
„Sławią mnie w świecie całym, bom szczodry i śmiały,
Z łaski cnót swych mam w ręku wszystkie skarby świata!” –
Lecz jeśli myśl nie mieszka w lotosie stóp Guru,
Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego?
„Nie tęsknię do doznania ni jego powstrzymania,
Do twarzy ukochanej, bogactwa, stada koni” –
Lecz jeśli myśl nie mieszka w lotosie stóp Guru,
Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego?
Myśl ma nie błądzi w dziele ni w lesie, ni w ciele
Ani we własnym domu, ni w tym co bezcenne:
Bo jeśli myśl nie mieszka w lotosie stóp Guru,
Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego? Cóż z tego?
Człowiek prawy, asceta, król, uczeń, pan domu –
Ktokolwiek by przeczytał „Oktawę do Guru”
Z myślą utkwioną w słowach przez się wyrzeczonych,
Zyska cel upragniony: stan zwany Brahmanem!



Brahma, stwarzając świat, poprosił swoich synów Sanakę, Sanatkumarę, Sanandanę i Sanatsudżatę, zrodzonych z jego myśli, by dopomogli mu w dziele stworzenia. Lecz oni odmówili pomocy. Szukali boskiej wiedzy, zdobycie jej było celem ich życia. „Któż mógłby nam udzielić poznania Brahmana, jak nie sam Brahma? Chodźmy do niego!” I wszyscy ruszyli do Satjaloki, do siedziby Brahmy. Zastali Saraswati grającą na winie, tuż przed nią siedział Brahma, rozkoszując się muzyką i wybijając takt w rytm melodii. Czcigodni wieszcze przyglądali się tej scenie i w sercach ich obudziła się wątpliwość. Czy ktoś, kto z takim przejęciem słucha muzyki swej żony, może im udzielić duchowego pouczenia? „Idziemy do Wajkunthy, siedziby Wisznu!” – postanowili.

Bóg był w wewnętrznych pokojach swego pałacu. Wieszcz Narada wszedł do środka, czterej synowie Brahmy pozostali na zewnątrz. Narada wrócił wzburzony. „To jest o wiele gorsze! Tam Brahma siedział chociaż w pewnej odległości od swej żony, gdy ta mu przygrywała na winie. Natomiast tutaj Lakszmi siedziała wprost na łożu Pana i masowała mu stopy! Jak może ten człowiek rodziny, związany kochającym spojrzeniem swej małżonki, udzielić nam jakiegokolwiek pouczenia w zdobyciu wiedzy duchowej? Dość tego! Chodźmy szukać pomocy u Siwy!

Wszyscy ruszyli w stronę Himalajów, a ujrzawszy górę Kajlasę, wdrapali się na nią z wielką nadzieją. A tam, wśród ogromnego zgromadzenia swej świty, Siwa tańczył niebiański taniec z żoną swą zajmującą połowę jego ciała. Wisznu grał na bębenku, a Brahma potrząsał w takt dzwoneczkami.

Ci, co przybyli gorliwie poszukując duchowego przewodnictwa, osłupieli. „Ach! On też jest z kobietą! Brahma też był wprawdzie z żoną, lecz nawet jej nie dotykał. Wisznu, owszem, był z żoną w fizycznym kontakcie. Ale Siwa, do tego doszło, dzieli z Parwati własne ciało! To o wiele gorsze. Dość tego!” To rzekłszy, wszyscy odeszli.

Siwa zrozumiał ich i pożałowal. Powiedział: „Co za pomyłka z ich strony. Sądzą, że trzej bogowie nie mają wiedzy duchowej tylko dlatego, że każdemu służyła jego małżonka, gdy ich widzieli czciciele. Któż inny może udzielić wiedzy duchowej tym gorliwym poszukiwaczom Prawdy?” Tak myśląc, odprawił Parwati pod pretekstem, że czyni ascezę, i Pan o łaskawym sercu, przybrawszy postać pięknego młodzieńca z czinmudrą, gestem poznania, sam usiadł pod drzewem banianu jako Dakszinamurti, bóg z twarzą zwróconą na południe, po północnej stronie jeziora Manasarowar, na drodze, którą zawiedzeni czciciele właśnie wracali do domu…



Hymn do Dakszinamurtiego

Sławię Dakszinamurtiego, młodzieńca z radosną twarzą,
Co gestem dłoni wskazuje na jedność duszy z Brahmanem,
Który jest szczęścia wcieleniem i cieszy się sobą samym,
Najwyższej Prawdy naucza poprzez wymowne milczenie,
Pierwszego z nauczycieli, otoczonego przez grono
Swych uczniów – najstarszych ryszich przebywających w Brahmanie.
Temu, który jak miasto odbite w lustrze,
w swym wnętrzu odbity świat,
Mocą Maji powstały jakby na zewnątrz,
ogląda w sobie jak w snach,
Który gdy się obudzi, siebie jedynie
dostrzega, i więcej nic –
Temu Śri Guru, Śri Dakszinamurtiemu
kłaniam się dziś pełen czci!
Który niczym mistrz magii lub wielki jogin
rozwija świat wolą swą,
Wpierw nieróżny jak kiełek wewnątrz nasienia,
a potem Ułudy grą
Złudę miejsca i czasu powodującą
zmieniony w bogactwo form… –
Temu Śri Guru, Śri Dakszinamurtiemu
ten pokłon składam ze czcią!
Temu, czyj rozbłysk jawi się jako niebyt,
choć jest to przecież sam Byt,
Temu, który naucza swoich wyznawców
słowami Wed: Tyś jest Tym,
Co jeżeli ktoś przeżył sam, już nie wpada
w żywotów bezkresną toń –
Temu Śri Guru, Śri Dakszinamurtiemu
ten pokłon składam ze czcią!
Temu, czyje poznanie jak wewnątrz dzbana
pełnego dziur lampy blask
Poprzez oko i inne zmysłów otwory
w zewnętrzny wybiega świat,
Który świecąc „wiem”, samym tylko swym blaskiem
świat cały oświetla w krąg –
Temu Śri Guru, Śri Dakszinamurtiemu
ten pokłon składam ze czcią!
Niczym dzieci, kobiety, ślepcy i głupcy
są w błędzie ci, którzy na
Ciało, oddech i zmysły, na chwiejny rozum
lub pustkę wciąż mówią: ja.
Temu, który to wielkie niszczy złudzenie
stworzone Ułudy grą –
Temu Śri Guru, Śri Dakszinamurtiemu
ten pokłon składam ze czcią!
Który, sam Byt, zasnuty Mają jak słońce
i księżyc w zaćmienia czas,
Stał się duszą, co zmysły swe wycofawszy
w głębokim uśpieniu trwa,
Który gdy się obudzi to rozpoznaje:
jam dotąd głęboko spał! –
Temu Śri Guru, Śri Dakszinamurtiemu
ten pokłon składam ze czcią!
Który przez zbawczą mudrę swoim czcicielom
odsłania ich własną jaźń
Wciąż obecną we wszystkich życia kolejach,
na jawie, w uśpieniu, snach,
Od dzieciństwa po starość rozbłyskującą
we wnętrzu dusz jako Ja –
Temu Śri Guru, Śri Dakszinamurtiemu
ten pokłon składam ze czcią!
Który jako Ułudą zwiedziona dusza
na jawie czy też we śnie
Widzi świat w rozdzieleniu, poprzez przyczynę
i skutek, jawiący się
Jak właściciel i własność, guru i uczeń
czy jako ojciec i syn –
Temu Śri Guru, Śri Dakszinamurtiemu
kłaniam się dziś pełen czci!
Który jawi się w ośmiu kształtach tworzących
przedmiotów i istot świat,
Jako duch, słońce, księżyc, ziemia i woda,
przestworza, ogień i wiatr,
Poza którym, najwyższym, wszechprzenikliwym,
dla mędrców nie ma już nic –
Temu Śri Guru, Śri Dakszinamurtiemu
kłaniam się dziś pełen czci!
Hymn ten jasno ukazał tę wielką prawdę,
że wszystko to Jaźnią jest.
Przeto ten, kto go słucha i recytuje,
rozważa i wnika w treść,
Zyska razem z potęgą wielką wszechjaźni
z natury swej boski stan,
Poza tym ośmioraką niepowstrzymaną
moc jogi zdobędzie sam!
Co za dziw! U stóp banianu w kręgu starców młody Guru
Uczy uczniów swych milczeniem i rozprasza ich wątpliwość!
Om! Wcieleniu czystej wiedzy, który sednem jest Pranawy,
Cichemu, nieskalanemu pokłon Dakszinamurtiemu!
Pokłon Dakszinamurtiemu, co wszech nauk jest skarbnicą,
Guru wszystkich ludzi, który leczy udręczonych życiem!
Kłaniam się zdolnemu zgładzić ból narodzin i śmierci,
Siedzącemu wprost na ziemi pod drzewem banianu
Bogu Dakszinamurtiemu, Guru trzech światów,
Dającemu gronu mędrców naoczne poznanie!



Drugi hymn do Dakszinamurtiego 

Niech światło, które winni czcić czciciele,
co zamieszkało pod drzewem banianu
Przez swoje ciało pełne łaskawości
czuwa w mym sercu w postaci olśnienia!
Ujrzałem skarbiec litości bezmierny:
u stóp banianu Mistrza najpierwszego,
Milczeniem, które lekki uśmiech zdobi,
mrok wielkich wieszczów rozpraszającego!
Szczególnym gestem, który w jednej chwili
ciemnotę mędrców odpędza bez reszty,
Przegnawszy złudę, w miłosierdziu swoim
Bóg wielki daje olśnienie: Tym jesteś!
Mistrza nad mistrze, co błyskiem spojrzenia
pełnym nektaru bezbrzeżnej litości
Czuwa nad gronem mędrców udręczonych
srogim sansary żarem, śpiewam chwałę!
Bóg pierwszy, co dom ma u stóp banianu,
w swej wielkiej łasce zjawiony przede mną,
Wskazawszy wiedzę w zgłoski OM postaci
niech precz odegna mej niewiedzy ciemność!
Na Przewodnika rozjaśniającego
mroki odwiecznej niewiedzy spoglądam:
Z ciałem jak gdyby z cząstek księżycowych,
jakby sznurami pereł obwieszonym…
Przez mnogość przeszłych zasług śpiewam chwałę
Nauczyciela, rzadkich cnót siedziby,
Który choć młody, zechciał sedno Prawdy
ukazać wieszczom mieszkającym przy nim!
Klejnot bezcenny wśród nauczycieli
niechaj się zjawi i przede mną stanie,
Mudrę i topór dzierżąc w jednej dłoni,
w drugiej gazelę, z ręką na kolanie!
Patrzę na króla pośród przewodników,
z uroczym ciałem natartym popiołem,
W ubiór z tygrysiej odzianego skóry –
ogień z dna morza niszczący niewiedzę!
W blasku świetności, z księżycem nad czołem,
zdobnego w węzeł włosów, z lutnią w ręku –
Czczą cię niektórzy jogini, gdy cieszysz
się doświadczeniem odwiecznego dźwięku.
Wielkiego Pana Dakszinamurtiego,
którego Siuka czci i inni mędrcy
Wolni od pragnień i poczucia “moje”,
czcijmy, by złudy wielką zgasić mękę!
Niechaj Bóg mieszkający u stóp banianu,
co pełen współczucia wzrok
Zwraca na mędrców, każąc światłu poznania
przeniknąć ułudy mrok,
Bóg o ciele, co świeże pąki jaśminu
zawstydza powabem swym,
Dłonią w geście znaczącym obudzi we mnie
olśnienie: Ty jesteś Tym!
Dość mam już bogów bez świetlistych oczu,
nie uciszonych, bez oka na czole,
Bez ozdób z węży, bez gestu poznania,
ospałych, którzy nie spełniają życzeń!
Za żadnym z bogów, jacy są na ziemi,
myśl ma nie biegnie – tylko On mi miły,
Ten który głupców nawet wtajemnicza,
Bóg ze zwróconą na południe twarzą!
Radosnemu, z młodym księżycem nad czołem,
o uroczym ciele posypanym popiołem
Pokłon prześwietnemu twórcy iluzji świata –
Światłu, które mieszka u podnóża banianu!
Z kokiem, o włosach rozpuszczonych w koło,
z sierpem księżyca, z resztą jego cząstek,
Z okiem na czole, z twarzą księżycową
w sercu niewinnych objawiasz się ludzi!
Z pomocą Umy odsłaniasz czcicielom
stan księżycowej pełni, tak że dzisiaj
Na sam Twój widok, ach! pierzcha ode mnie
precz noc umysłu – kochanka księżyca!
Ten, kto radośnie wnika w Twą promienną
postać z wschodzącym nad czołem księżycem,
Zdobędzie władzę, żywot długi, wiedzę,
wreszcie wedanty wielką tajemnicę!



Fala Szczęścia Siwy

Niech skłonię się obojgu Siwom o czołach zdobnych w sierp księżyca,
owocom własnej swej ascezy, owocom zjawionym w czcicielach,
Łaskawym dla trzech wielkich światów, w sercu się wciąż odradzającym,
źródłom wszech nauk, doświadczeniem rozbłysku szczęścia się cieszącym!
Niechaj zwycięża, z rzeki czynów, o Siambhu, wciąż wypływająca,
obmywająca z kurzu grzechów, biegnąca kanałami myśli,
Ukazująca, jak ukoić smutek wędrówki w kręgu wcieleń,
na dnie jeziora mieszkająca mej myśli – Fala Szczęścia Siwy!
Czczę w sercu Siwę prawdziwego wraz z Ambą, trzech miast niszczyciela,
z trzech Wed znanego, trójokiego, drogiego sercu, najpierwszego,
Z masą splątanych włosów, pośród węży wijących się, z gazelą,
dobrego dla mnie, Mahadewę, Boga, podporę świadomości!
Tysiące jest na świecie bogów dających nędzny owoc – nawet
we śnie nie myślę, by za nimi podążać, ni o ich owocach!
O Siambhu! Siwo! Z dawna proszę o cześć dla stóp Twych lotosowych,
co nawet Brahmie i Haremu niełatwo zdobyć, choć są blisko!
Nie jestem biegły w filozofii ni w prawie, ani w medycynie,
wróżbach, poezji, pieśniach, hymnach, puranach, mantrach, tańcu, żartach.
Jakże mam zadowolić królów? Kim jestem? O dusz opiekunie!
Chroń łaską swoją, wszechwiedzący, mnie–duszę, o wszechprzenikliwy!
Garnek to czy kawałek gliny, atom, dym, ogień czy też góra,
płótno lub nić – cóż ustrzec zdoła od strasznej śmierci? Próżno męczysz
Gardło sporami jałowymi! O mędrcze! Uczcij lotosowe
stopy dobroczynnego Siambhu! Nieprzewyższalne zdobądź szczęście!
Niech myśl w lotosie stóp Twych mieszka, mowa – w śpiewaniu Twojej chwały,
ręce – w spełnianiu nabożeństwa, uszy – w słuchaniu opowieści,
Rozum – w pobożnym rozmyślaniu, oczy – w świetności
Twej postaci! Czymże więc, o Najwyższy Siwo, poznać mam potem inne księgi?
Jak rozum w muszli widzi srebro, w szklanym paciorku zasię klejnot,
w wodzie zmieszanej z mąką – mleko, studnię – w mirażach na pustyni,
Tak głupi człowiek czci, o Boże, błędnie innego coś od Ciebie,
o Tobie, wielkim władcy bogów, o Panie Dusz, nie myśląc wcale!
Do głębokiego wchodzi stawu, w straszliwą, nieprzebytą puszczę,
błąka się po wysokich górach po to, by zerwać kwiat – niemądry!
Ach, czemuż człowiek nie wie tego, jak w szczęściu żyć tu, na tym świecie,
oddawszy Ci, o Mężu Umy, jeden jedyny lotos serca!
Można się zrodzić jako człowiek, bóg, górskie albo leśne zwierzę,
komar, ptak, krowa albo robak – lecz jeśli tu, w tym życiu, serce
Stale oddaje się zabawie w fali najwyższej szczęśliwości
wypływającej z kontemplacji lotosów stóp Twych, cóż po ciele?
Niech sobie człowiek będzie uczniem, głową rodziny albo mnichem,
albo ascetą lub kimś innym – jaka jest z tego korzyść, Bhawo?
Jeśli czyjegoś serca lotos, o panie dusz, Twoim się staje, 
wtedy i ty się stajesz jego i dźwigasz ciężar życia, Siambhu!
Nich mieszka w domu lub w jaskini, pod gołym niebem albo w lesie,
na szczycie góry, w wodzie, w ogniu – powiedz, jaki jest tego owoc?
Jeżeli czyjeś serce, Siambhu, stale przebywa u stóp Twoich,
to to jest joga, ten najwyższym joginem jest, ten jest szczęśliwy!
Godzi się, byś nade mną ślepym czuwał przez swą najwyższą łaskę,
błądzącym głupio w bezsensownej sansarze, daleko od celu!
Któż jest biedniejszy niż ja dla Cię? A dla mnie kto inny w trzech światach
niż Ty, o panie dusz, schronieniem być może i chronić biedaka?
O władco dusz! Tyś jest potężny, zaprawdę, Tyś najbliższym krewnym
nędzarzy, a jam z nich najpierwszy! Jakżeż jesteśmy spokrewnieni!
Właśnie Ty, Siwo, powinieneś wybaczyć mi wszystkie występki
i chronić mnie w szczególny sposób – taka jest przecież droga krewnych!
Jeśli nie jesteś obojętny, czemu wyroku Stworzyciela
nie zniszczysz, co myśl mą odwraca od Ciebie, napełnia rozpaczą?
Jeśliś bezsilny, jak strąciłeś bez trudu mocno osadzoną,
nie do strącenia głowę Brahmy, o panie dusz, paznokciem samym?
Niechaj Wirińczi żyje długo, a pozostałe cztery głowy
racz chronić, Panie – choć, zaprawdę, to on przepisał mi niedolę
Na ziemi! Lecz czym mam się martwić? Przez czystą łaskę Twą, o Siwo,
strzeże mnie czar Twego spojrzenia, sam przez się chroniący biedaków!
Chociaż przychylny jesteś, Panie, czy to na skutek moich zasług,
czy też z litości Twojej dla mnie, jakżeż mam ujrzeć, o wszechistny,
Lotosy stóp Twych nieskalanych? Zasłania mnie swymi złotymi
drogocennymi koronami rząd bogów bijących pokłony!
Tyś jest największym dobroczyńcą ludzkości! Wszak nawet bogowie,
boski stan zawdzięczając Tobie, z Harim na czele, czczą Cię stale.
Jak wielka jest Twa dobroć, Siwo, i ma nadzieja jaka wielka!
Kiedyż udzielisz mi opieki spojrzeniem pełnym miłosierdzia?
Przecz nie usuniesz mego trudu w tym beznadziejnym, nieskończonym,
wiodącym do drzwi złego władcy, pełnym występków, przynoszącym
Cierpienie kołowrocie wcieleń? Czy to na korzyść Brahmie? Powiedz!
Jeśli to Twa przyjemność, Siwo, zaprawdę, cel nasz osiągnięty!
Me serce–małpa, nader zmienne, wciąż błądzi w gąszczu zaślepienia,
tańczy na wzgórkach piersi dziewcząt i skacze jak chce po gałęziach
Nadziei. O noszący czaszkę! Żebraku! Zwiąż je mocno sznurem
miłości i uczyń je, Siwo, poddanym swym, wszechprzenikliwy!
Wejdź ze swą Siakti, wrogu Smary, w świty swej otoczeniu, Panie,
w otwarty namiot mego serca, bogato zdobny lotosami,
Masztem stałości wsparty, jasny, sznurami trwałych cnót związany,
ruchomy, barwny, co dzień dobrą kroczący drogą, i zwyciężaj!
Moja świadomość jest jak złodziej – chciwość ją zmusza do kradzieży.
Próbując dostać się do domu bogacza, błądzi na wsze strony.
Panie złodziei! Jak ją ścierpieć? Wszechprzenikliwy! O Siankaro!
Poddawszy ją swoim rozkazom, nade mną zmiłuj się bezgrzesznym!
Cześć Ci oddaję – Ty od razu obdarz mnie szczęściem, o wszechistny!
Stan Brahmy i stan Wisznu dajesz – takiż, doprawdy, jest jej owoc!
Aby Cię ujrzeć znów na ziemi i w niebie, stałem się zwierzęciem
i ptakiem – lecz Cię nie ujrzałem! Jak zniosę ból ten, o Siankaro?
Kiedyż zamieszkam na Kajlasie pokrytej złotem, klejnotami,
z boskim orszakiem, obok Siambhu? Kiedyż z rękoma złożonymi
U czoła w pokłonie, wołając: „Strzeż mnie, Najwyższy Siwo z Ambą,
o wszechobecny!” – wieki Brahmy przeżyję w szczęściu niczym chwilę?
Kiedyż Cię ujrzę, trójokiego, o szyi ciemnej, z antylopą
w ręku, z toporem, siedzącego na wielkim, rozszalałym byku
W objęciach Umy, gdy bogowie z Brahmą śpiewają Twoją chwałę,
asceci sławią Cię: „Zwyciężaj!”, a orszak Twój się bawi, tańczy?
Kiedyż Cię ujrzę, gór mieszkańcu, uchwycę Twe łaskawe stopy,
obiema dłońmi je przycisnę do głowy, oczu i do piersi?
Kiedyż obejmę je – i zapach wchłaniając kwitnących lotosów,
zaznam rozkoszy w sercu, Brahmie i innym bogom niedostępnej?
Gdy w ręku trzymasz Złotą Górę, mieszkańcu gór, a Władca Skarbów
stoi przy Tobie, gdy masz w domu drzewo niebiańskie, klejnot życzeń
I boską krowę, zaś na głowie promienny księżyc, a u stóp swych
wszelką wspaniałość, cóż ja dam Ci? Niech moja myśl będzie dla Ciebie!
O Panie! Czcząc Cię osiągnąłem w tym życiu jedność z Twą postacią;
sławiąc Cię: „Siwo Mahadewo!” – bliskość; obcując z najlepszymi
Wśród Twych czcicieli – jedność miejsca; myśląc o ciele, co świat żywy
i martwy tworzy – jedność z Tobą. Spełniłem cel, mężu Bhawani!
Czczę stóp Twych lotos, co dzień, Panie, myślę o Tobie, o najwyższym,
w Tobie ucieczki szukam, Władco, Ciebie jedynie błagam w słowach!
Wszechprzenikliwy! Spojrzyj na mnie, o Siambhu, swym łaskawym wzrokiem,
z dawna przez niebian upragnionym! O Guru świata! Ucz mnie szczęścia!
Gdybym w strojeniu Ciebie w szaty był Słońcem tysiącrękim, Wisznu –
w czczeniu Cię kwieciem, w namaszczaniu – Niosącym Woń, w warzeniu strawy –
Nadzorcą Ognia, w sporządzaniu naczyń – Zarodkiem Złotym, Panie,
Guru trzech światów, z półksiężycem nad czołem! Wtedy bym Ci służył!
Czyż nie wystarczy ten akt jeden wielkiej opieki, panie stworzeń?
Aby ochronić świat ruchomy i nieruchomy w swoim wnętrzu,
Jak i na zewnątrz, w gardło swoje włożyłeś jad straszny, palący,
co bogów zmusił do ucieczki – i nie połknąłeś ni wyplułeś!
Jak, Siambhu, ujrzałeś truciznę, groźną i strach budzącą w bogach?
Jak utrzymałeś ją w swej ręce? Zaliż to owoc był dojrzały
Różanej jabłoni w Twej dłoni? Czy lek cudowny położony
na Twym języku? Czy błękitny klejnot na szyi? Powiedz, wielki!
Czyż nie wystarcz takim jak ja raz jeden, Boże, Ci usłużyć,
pokłonić się, pochwalić, uczcić, wspomnieć, posłuchać opowieści,
Popatrzeć na Ciebie? O Panie! Jeśli tak jest, po cóż z mozołem
za niestałymi iść bóstwami? Czyż zbawią mnie? O cóż więc prosić?
Cóż rzec możemy o Twych czynach, o panie dusz? Któż ma Twe męstwo?
Jak inni mogą ten stan ducha uzyskać? Gdy zastępy bogów
Spadają i drżą rzesze munich, gdy ginie świat, Ty jeden, Siambhu,
bez lęku patrząc na zagładę, bawisz się, przepełniony szczęściem!
Cóż poznam w Tobie, który dźwigasz ciężar zdobycia i ochrony,
gotów dać wszystko, co najlepsze, uczysz, jak zdobyć cel widzialny
I niewidzialny, i przenikasz to, co zewnętrzne i wewnętrzne,
łaskawy, wszechwiedzący! Siambhu! Tyś głębią mnie – pamiętam stale!
Ja, czciciel, w jasny dzban umysłu, wodą radości napełniony,
sznurem miłości owinięty, kładę stóp pąki Twych, a na nim
Owoc poznania, mantrę dobra odmawiam, dom oczyszczam ciała –
tak spełniam obrzęd na dzień dobry, promienne szczęście przynoszący!
Rzesze rozumnych, uczyniwszy mątewką umysł ujarzmiony,
związany sznurem mocnej bhakti, ocean pism mącąc gorliwie,
Znajdują księżyc, klejnot życzeń, drzewo spełnienia, boską krowę,
nektar wiecznego szczęścia, radość i powodzenie godne mędrców.
Gdy wschodzi jasny księżyc w pełni, pomyślny, z antylopą w tarczy,
którego biały kształt widoczny jest przez szczelinę w górach wschodnich,
W gromadzie gwiazd, niszczący ciemność, odbity w przeźroczystym stawie,
podnosi się ze szczęścia morze wspaniale i żyć mogą mądrzy.

Gdy cichy Siwa w nieśmiertelnej postaci skutkiem przeszłych zasług
jawi się z antylopą w ręku wraz z Umą, w świętych otoczeniu,
Uwalniający z mroku, pełny, w lotosie serca oglądany,
otwiera się ocean szczęścia i w dobrych rodzi się przemiana.
Gdy pan kajwalji godzien hołdu, noszący diadem księżycowy
króluje wiecznie w lotosowym mieście umysłu, czteronożna
Ma dharma spełnia się wzorowo, zginęło zło, znikły pragnienia,
gniew, pycha, czas w radości płynie, szczęście i wiedza dają owoc…
Na polu serca daje plony miłości ryż, podlany wodą
nieśmiertelności przyniesioną z morza Wiecznego Siwy czynów
Kołem mej myśli, dzbanem mowy, dalej poezji kanałami.
Skąd miałby, Boże, panie świata, wziąć się strach głodu u mnie, sługi?
O uwolnienie z klęski grzechów, zwycięzco śmierci, moc wspaniałą,
proszę Cię swym językiem w hymnie, głową w pokłonie, myślą w dhjanie,
Stopami w okrążaniu Ciebie, wzrokiem w patrzeniu, a uszami
w słuchaniu. Rządź mną! Nieustannie wskazuj mi drogę! Nie milcz dla mnie!
O Boże, wielce miły Durdze! Przebywaj wciąż w twierdzy mej myśli!
Jej głębia – fosą dookolną, męstwo niezłomne jest jej wałem,
Sprawną załogą – mnogość zalet, a mocne zmysły – jej bramami,
wiedza – zasobów obfitością. Oto ma wszystko, co potrzeba!
Nie chodź to tu, to tam, Góralu! Hej, we mnie racz zamieszkać, Panie!
Pierwszy Myśliwcze! W leśnym gąszczu umysłu mego żyje wiele
Dzikich i rozszalałych bestii, jak zawiść albo zaślepienie!
Zabiwszy je, zaznasz radości, jakiej dostarcza polowanie!
W jaskini mego serca mieszka lew–Siwa o pięciu obliczach,
w ręku dzierżący antylopę, zabójca potężnego słonia,
Pogromca strasznego tygrysa, noszący zabite zwierzęta,
pan gór o wspaniałej postaci. Czegóż więc miałbym się lękać?
Umyśle, ptaku najwspanialszy! Próżną wędrówkę rzuć, dość tego!
W gnieździe lotosów stóp Siankary, przez pierwszych wśród braminów–ptaków,
Znawców gałęzi drzewa hymnów, zamieszkiwanym, wiecznotrwałym,
kojącym, wygodnym, owoców soczystych pełnym, baw się stale!
Umyśle, królewski łabędziu! W pałacu stóp męża Parwati,
schronieniu stada gęsi–świętych, usianym jasnym blaskiem rzędów
Paznokci, zdobnym rubinami, światłem księżyca osrebrzonym,
mieszkając wciąż, baw się do woli, sam lub wśród oblubienic bhakti!
Z nadejściem wiosny kontemplacji Siambhu w ogrodzie serca kwitną,
zrzuciwszy zeschłe liście grzechów, liany miłości w kiełkach zasług,
Skrzą się cnót pąki, kwiaty modłów, niesie się woń dobrych skłonności,
wiedzy i szczęścia płyną soki, dojrzewa owoc świadomości.
Myśli, ozdobo wśród łabędzi! Leć do jeziora dumań Siambhu,
napełnionego wiecznym szczęściem, schronienia serc–lotosów bogów
I mędrców, domu dobrych ptaków! Jest czyste, stałe, zmywa grzechy
i pachnie miło – przecz się trudzisz, błądząc w kałuży służby niskim?
Niech liana bhakti nieskalana, nektarem szczęścia napełniona,
zrodzona z dobrych czynów, z wody lotosów stóp Hary wyrosła,
Bogata w pędy i gałęzie, wokół stałości się oplótłszy,
wzrósłszy nad myśli dach i ciała, da owoc z dawna upragniony!
Czczę Wielką Lingę – wśród jaśminu drzewo ardżuna z pięknej góry,
rozkwitające w porze zmierzchu, o kwiatach noszonych na głowie,
Uciechę pszczół, pachnące stale, ozdobę spragnionych rozkoszy,
ze wszystkich kwietnych drzew najlepsze, słynące z zalet, dobroczynne!

Wielbię przez wszystkich bogów czczoną, obejmowaną przez Parwati,
Mallikardżunę – Wielką Lingę z Śri Siajli, tańczącą o zmierzchu,
W sercu wedanty osadzoną, umiłowaną przez Bhramarę,
o której wiecznie myślą święci, jawnych cnót pełną, zdobną w węże!
Niech władca pszczół, jasnego wzgórza mieszkaniec, posłuszny królowej,
pijący ciecz szalonych słoni, cieszący się rozbłyskiem wiosny,
O czarnym ciele, pięknoskrzydły, brzęczący druh boga miłości,
widoczny w gajach, wszędobylski, wciąż krąży w myśli mej lotosie!

Niech mąż Bhramary, wszechobecny, mieszkaniec Śri Siajli, tańczący
wspaniale na prośbę Bhryngina, poskramiający pychę Słonia,
Cieszący się promiennym Wisznu, o jasnym ciele, pełen Dźwięku,
czczony przez Kamę, miły dobrym, wciąż igra w myśli mej lotosie!
Ma myśl–czataka tęskni stale do ciebie, dobra, ciemna chmuro,
deszcz dobroczynny zsyłająca, zdolna upału przerwać mękę,
Przez dobrych siewców, chętnych plonom,czczona, tańczącym pawiom miła,
kłębiąca się pośród błyskawic, znad szczytów gór nadciągająca!

Ma myśl–czataka tęskni stale do Ciebie, Siambhu ciemnoszyi,
nektar współczucia zsyłający, zdolny ugasić żar cierpienia,
Czczony przez dobrych dla owocu mądrości, dowolnej postaci,
w tańczących bhaktów otoczeniu, mieszkańcu gór, z rozwianym kokiem!
Czczę Siwę–pawia z ciemną szyją, którego czubem są przestworza,
ogonem zaś wódz wszystkich węży, a krzykiem „keka!” – dźwięk pouczeń
O zgłosce Om, dawanych wiernym, który radośnie tańczy widząc
Gór Córkę, ciemny niczym chmura, i bawi się w wedanty gaju.
Czczę Siwę–pawia z ciemną szyją, w którym zwycięża taniec skrzący,
a zmierzch jest końcem dni gorących, głos bębna, w który uderzają
Dłonie Harego – chmur łoskotem, rząd spojrzeń bogów – błyskawicą,
strumienie łez szczęścia czcicieli – deszczem, Parwati zaś – pawicą.
Pokłon Ci, Siambhu, z węzłem włosów, pierwszy, o niezmierzonym blasku,
przez strofy śruti poznawany, dumany przez wszystkich joginów,
Przez rzesze bogów opiewany, któryś jest celem, wiedzą, szczęściem,
trzech światów gorliwym obrońcą, panie ułudy, mistrzu tańca!
Pokłon Ci, Siambhu, z węzłem włosów, wieczny, istoto trzech własności,
zwycięzco miast, skarbie Parwati, prawdo, rodziny pierwszy ojcze,
Mający postać Świadomości w umysłach munich objawioną,
stwórco trzech światów,znawco całej wedanty, tańczący o zmierzchu!
Na próżno, by swój brzuch napełnić, do wszystkich wciąż zaglądam domów,
chciwy majątku, służby Twojej nie znając, o wszechprzenikliwy!
Ty, Siarwo, skutkiem dojrzewania zasług z poprzednich mych żywotów
przebywasz wewnątrz wszelkiej rzeczy, więc strzec winieneś mnie, dusz panie!
Wszak jedno słońce, krąg ciemności, co ziemię i niebo spowija,
przerwawszy, staje się widoczne – Ty gasisz blaskiem słońc miliony!
Czemuż nie dajesz się zobaczyć? Ach, jakżeż musi być głęboka
ma ciemność! Usuń ją bez reszty i świeć przede mną, panie stworzeń!
Jak łabędź do lotosów kępy, do ciemnej wododajnej chmury –
czataka, kukułka do słońca, a ptak czakora do księżyca,
Tak serce me, o panie stworzeń, tęskni do stóp Twych lotosowych,
na drodze wiedzy osiąganych, dających szczęście oraz wolność.
Porwany wodą szuka brzegu, zdrożony pątnik – cienia drzewa,
strwożony deszczem – swego domu, gość – gospodarza, biedak – pana
Dobrego, pogrążony w mroku – lampy, zziębnięty szuka ognia.
Tak ty, o serce, znajdź bez trudu lotos stóp Siambhu, strach niszczący!
Jak do ankoli mkną nasiona, jak igła dąży do magnesu,
do swego pana – wierna żona, liany do drzew, do morza rzeki,
Tak serce, przypadłszy do pary stóp lotosowych pana stworzeń,
na zawsze przy nich pozostaje – to właśnie zwie się pobożnością.
Matka pobożność łzami szczęścia obmywa dziecię swe, czciciela,
szatą czystości je okrywa, karmi nektarem Twoich czynów
Z ust muszli mowy, chroni ciało sznurem rudrakszy i popiołem,
i kładzie w kolebkę dumania o Tobie – tak je strzeże, Panie!
Na leśnych ścieżkach zdarty sandał tilaką staje się na czole
pana dusz, woda z ust wylana – Zwycięzcy Miast kąpielą boską,
Nie dojedzone resztki mięsa w świeżą ofiarę się zmieniają.
Ach, czegóż pobożność nie zdziała! Myśliwy – pierwszym wśród czcicieli!
Kopnięcie Jamy w pierś, zdeptanie twardego Apasmary, spacer
po górze, starcie z koronami z głów boskich schylonych w pokłonie –
To czyny stóp Twych delikatnych. Lecz zaliż to właściwe? Siambhu!
Zgódź się wędrować w drogocennym sandale mojej świadomości!
Na jego widok pierzcha Jama, bojąc się uderzenia w piersi,
bóstwa witają go lampami klejnotów płonących w diademach,
A wolność, o mężu Bhawani, na wieki bierze go w objęcia!
Czegóż nie zdziała ten, czyj umysł wielbi Twe stopy lotosowe!
Świat cały stwarzasz dla zabawy, ludzie są Twymi zabawkami,
cokolwiek czynię, czynię jeno dla Twojej, Panie, przyjemności!
O Siambhu! Pewne jest, że czyny z mej własnej spełniam gorliwości,
dlatego godzi się, dusz panie, ażebyś miał mnie w swojej pieczy!
W Najwyższym Wiecznym Siwie uciekam w zadumę,
krainą cudownego będącą doznania,
Pełną łez szczęścia, dreszczy wszelakiej rozkoszy,
w której żyją spragnieni wieczystego stanu.
O litościwy! Czuwaj nad mą jedyną krową,
bhakti – owocem zasług, o panie wszystkich stworzeń,
Dającą stale mleko – nektar szczęścia bez miary,
w Twych stóp niepokalanych mieszkającą oborze!
O Boże! Nie ma we mnie obłudy, zwierzęcości,
skalania nieczystością ani też nieczułości!
A nawet gdyby były, o zdobny w sierp księżyca,
zaliż nie jestem godzien być Twą ozdobą, Panie?
Jawnie czy też w ukryciu umysłem niezależnym
łatwo Cię gościć, władcę, większego niźli światy,
Wcielenie łaski, dawcę owoców niezliczonych,
z księżycem ponad czołem. Ty jesteś w sercu moim!
Celnymi strzały wspomnień Siwy, nałożonymi
na uczuć łuk, cięciwą wzniosłej bhakti napięty,
Zwycięzca–król wśród mędrców, wrogów–grzech pokonawszy.
gromadzi skarb królewski stałości wraz ze szczęściem.
Ci, Siwo, co za sprawą balsamu kontemplacji
przejrzeli, i przez żertwy i mantry imion bożych
Przeciąwszy obszar mroku, lotos stóp Twoich noszą,
schronienie bogów, w węże strojny, swój cel spełnili!
Cóż robić? Dobra myśli! Zdobądź cześć lotosowych
stóp Najwyższego Pana, co polem jest porosłym
Ziołami wyzwolenia, dla której to sam Wisznu,
małżonek Śri, pan ziemi, w dzika się był zamienił!
Niechaj lotos stóp Pana, co w przestrzeń jest odziany,
swą mocną boską wonią, zdolną pokonać wstrętną
Woń złych skłonności, pragnień, więzów, uciążliwości,
sprawi, aby zapachniał kosz mojej świadomości!
O wodzu wszystkich światów, dosiadający byka!
O wrogu Smary! Jeździj na myśli mej rumaku,
Bez skazy, pewnych zalet, rączym, dającym szczęście,
co różną biega drogą, rozumie wszystkie znaki!
Pobożność niczym chmura mieszkająca w niebiosach –
w domu Wielkiego Pana, zsyła deszcz szczęśliwości.
Czyjej myśli jezioro napełni, temu tylko
całe ziarno żywota daje plon, nie inaczej!
Myśl oddana lotosom stóp Pana wciąż pamięta,
jak żona odłączona od męża, by być wierną,
I jakby urzeczona mantr Siwy powtarzaniem,
pogrąża się w marzeniach, wspomnieniach, wizjach, chwalbie.
Wywyższyj tę myśl moją dla jej najlepszych zalet
jak nowo poślubioną żonę, przygotowaną
Dobrze do służby Twojej, skromną i kochającą,
i, wszechpotężny Panie, bez reszty Ci oddaną!
Twe stopy zwykłe są wędrować stale po płatkach lotosowych
umysłów joginów – jak zatem rozbiły twardą bramę piersi
Jamy? Nadzwyczaj delikatne są stopy Twe! Ach, myślę o nich!
O Siambhu! Wszechobecny! Ukaż mi je, a dłonią je uniosę!
„Ten się narodzi, umysł jego jest twardy, niech zatańczę na nim!” –
tak to dla mej ochrony z dawna ćwiczyłeś delikatne kroki,
Stawiając je na górskich grzbietach. Inaczej czyżbyś tańczył, Siambhu,
na płytach skalnych, gdy są boskie domy, werandy, łoża z kwiatów?
Czy to oddając, mężu Umy, cześć Twoim stopom lotosowym,
czy przez zadumę i skupienie, czy przez słuchanie opowieści,
Czy to kłaniając się, czy patrząc, czy sławiąc – kto stan taki zyska,
radośnie myślą Ci oddany, ten żyjąc wolny jest, zaiste!
Wiele postaci przybrał Hari: strzały, Twej połowicy, byka,
na bębnie grającego, dzika, Twej towarzyszki. mężu Arji,
I oko u stóp Twoich złożył. Jeśli nie on, część Twego ciała,
najczcigodniejszy jest z czcigodnych, któż inny go przewyższyć może?
Służba podlegającym narodzinom i śmierci
bóstwom ani krzty szczęścia nie daje bez wątpienia!
Ci, co czczą Boga z Ambą, bez początku i końca,
tu się szczęściem najwyższym cieszą, błogosławieni!
Dam Ci mą myśl – dziewczynę, o Siwo, pełną zalet,
by Ci służyła, Bhawo, wraz z Gauri, litościwy!
Wszech światów przyjacielu! Bytu, Myśli i Szczęścia
oceanie! Wciąż mieszkaj w domu mojego serca!
Nie umiem mącić morza, burzyć światów podziemnych,
nie jestem też myśliwym wprawionym w sztuce łowów.
Jak mam Ci dać w ofierze strawę, kwiaty, ozdoby
czy szaty? Powiedz, Panie w diademie księżycowym!
Do nabożeństwa wszystkie rzeczy zebrałem. Lecz jak je odprawię?
Nie umiem zamienić się w ptaka ni w dzika, za trudne to dla mnie!
Nie znam Twej głowy ni stóp–pąków ! Zaprawdę, o wszechprzenikliwy!
Nie zna ich też Praojciec z Harim, którzy przybrali te postacie!
Twą strawą trucizna, wąż Twoją ozdobą
ubraniem Twym skóra, byk wielki wierzchowcem.
Cóż dasz mi? Co jeszcze posiadasz, o Siambhu?
Daj mi tylko miłość do Twych stóp–lotosów!
Gdy budowniczym mostu stanę się przez morze
albo tym, który dłonią Króla Gór ukorzył,
Albo gdy Zrodzonego z Lotosu przewyższę,
wtedy, Siwo, mógł będę czcić Cię, dumać, sławić!
Nie cieszą Cię, Panie, pokłony ni pieśni,
przepisy nabożeństw, dumanie, skupienie.
Jeśli zadowolić można Cię maczugą,
łukiem lub kamieniem, powiedz! Tak uczynię!
Nie zwykłem Ci służyć w prawidłach przepisów –
mową opowiadam o przygodach Siambhu,
Myślą cześć oddaję postaci Iśwary,
a głową pokłony biję Sadasiwie!
Pierwotna niewiedza tkwiąca w sercu znikła,
miła wiedza w serce weszła z Twojej łaski.
Wiecznie czczę dający szczęście stóp Twych lotos,
źródło wyzwolenia, o noszący księżyc!
Oddaliły się grzeszne czyny, grzeszna mowa,
nieszczęścia i cierpienia, egoizm, złe słowa.
Mnie, który spijam do dna nektar Twoich czynów,
zbaw tutaj, mężu Gauri, swym dobrym spojrzeniem!
Niech moje serce wiecznie się raduje w Panu,
mężu Gór Córki, z sierpem księżyca w diademie,
O szyi delikatnej, ciemnej niczym chmura,
i o postaci pełnej wspaniałego blasku!
To jest język, co Siwę promiennego sławi,
i to są oczy, które Siwę oglądają,
To są ręce, co wiecznie cześć Siwie składają,
ten tylko cel osiągnął, kto Siwę pamięta.
„Zbyt miękkie są me stopy, twój umysł zbyt twardy!”
O małżonku Parwati! Porzuć tę wątpliwość!
Jakżeż więc to się stało w takim razie, Panie,
żeś sobie za siedzibę obrał góry, Siwo?
Poskromiwszy odwagi bodźcem szalonego
słonia mojego serca, powrozem miłości
Przyciągnąwszy go siłą, Burzycielu Grodów,
przywiąż do stóp swych słupa lianą świadomości!
Oszalały i ciężki jest ten słoń umysłu,
postępując zuchwale, miota się dokoła!
Pojmawszy go ostrożnie powrozem miłości,
wiedź go mocno, Najwyższy, do miejsca stałości!
Przyjmij tę córkę mą, Poezję, we wszelkie zdobną upiększenia,
o prostym kroku–wierszu, jasną, pobożną, przez świętych sławioną,
O ujmujących cnotach, dobrych oznakach, świecących ozdobach,
skromną, z wyraźną linią szczęścia, pomyślną, Boże, miły Gauri!
Alboż przystoi Ci to, Siwo Najwyższy, oceanie łaski?
By ujrzeć stopy Twe i głowę, w zwierzęcy kształt się przyoblekli
Hari i Brahma, przemierzając ziemię i niebo w wielkim trudzie.
O Siambhu! Panie! Powiedz, jakżeż dasz mi się poznać w ich obliczu?
Dość hymnów! Nie na darmo mówię, że oto, Siambhu, Twoi słudzy,
bogowie z Wirińczą na czele, gdy wyliczali godnych chwały,
Ciebie uznali za pierwszego! O wielkość kłócąc się, pojęli,
strąceni niczym łuski z ziarna, żeś Ty owocem jest najwyższym!



Nabożeństwo serca

Wymyślony z klejnotów tron, boskie szaty
i kąpiel Twą z górskich wód,
Z wonią piżma zmieszaną maść sandałową
i ozdób bezcennych w bród,
Jaśmin, czampakę, liście dzikiej jabłoni,
kadzidła i światło lamp
Sercem stworzone, Boże! Morze Współczucia!
o Panie Dusz! – przyjąć racz!
W złotych czarach zdobionych w dziewięć klejnotów
topione masło i ryż,
Strawę pięciu rodzajów z mleka i sera,
napoje, bananów kiść,
Zestaw jarzyn i wodę słodką, przejrzystą,
kamfory mającą smak
Wraz z betelem przez myśl mą ze czcią złożone,
Potężny! O, przyjąć racz!
Dwa wachlarze z ogonów jaczych, parasol
i lustro z cienkiego szkła,
Dźwięki winy, mrydangi, kotłów, bębenków
do śpiewu i tańca w takt,
Pokłon ośmiu członkami, chwalbę wszelaką –
to wszystko z ochoty swej
Tobiem ja ofiarował, Władco! Wszechistny!
Tę ucztę Twą przyjąć chciej!
Tyś mą duszą, a Córka Gór myślą moją,
orszakiem Twym tchnienia me,
Ciało domem, Twą ucztą zmysłów doznania,
a stanem skupienia – sen,
Spacer stóp mych krążeniem jest wokół Ciebie,
a wszelka mowa to hymn…
Wszystko, cokolwiek czynię, czynię jedynie
dla Twojej, o Siambhu, czci!
Jeślim jakiś popełnił grzech – czy to ręką, czy nogą,
Myślą, ciałem, czynem czy też słuchem, wzrokiem lub mową,
Czy świadomie, czyli też nie – wszystko to wybacz, Panie!
Chwała, chwała, Wielki Boże, Ci! O Siambhu, łask oceanie!


Pewnego dnia Siankara w towarzystwie uczniów przechadzał się uliczkami Benaresu, gdy oto do uszu jego dobiegły słowa reguł gramatyka Paniniego powtarzanych przez uczonego starca. Wtedy z ust nauczyciela popłynęły słowa pięknego hymnu, który potem zyskał tytuł „Młot na zaślepienie”: Bhadża Gowindam – Uczcij Gowindę, głupcze! O Nim rozmyślaj – bo gdy śmierć nadejdzie, reguła gramatyczna „dukrn karane” nie przyjdzie ci z pomocą!



Uczcij Gowindę

Uczcij Gowindę! Uczcij Gowindę! Gowindę uczcij, głupi człeku!
Bo gdy nadejdzie czas wyznaczony, nic ci nie da klepanie gramatycznych reguł!
Głupcze! porzuć żądzę gromadzenia mienia!
Zwróć myśl ku Prawdzie wolną od pragnienia!
Co zyskasz własnym zarobione czynem
Tym bogactwem raduj serce, nie innym!
Ciężką pierś i kobiece łono gdy zoczysz,
Niech cię ten widok nie zauroczy!
„To wytwór mięsa i tłuszczu!” – te słowa
Powtarzaj w myśli wciąż od nowa.
Jak krople, co na płatku lotosu zadrżały,
Tak samo żywot ludzki jest nietrwały…
Wiedz, że chorobą i pychą owładnięty
I smutkiem przejęty jest świat cały.
Póki zbieraniu majątku oddany,
Póty przez całą rodzinę kochany.
Potem, gdy ciało się zestarzeje,
Nikt w domu nie zapyta, co się z nim dzieje.
Dopóki oddech zamieszkuje ciało,
Dopóty w domu o zdrowie pytają.
Gdy w chwili śmierci oddech ulatuje,
I żonę to ciało lękiem przejmuje!
Póki jest dzieckiem, zabawa go cieszy.
Póki młodzieńcem, do dziewczyny spieszy.
A gdy jest starcem – w troskach się pogrąża…
Nigdy do Najwyższego Brahmana nie zdąża!
Kim jest twa żona? Kim twoje dziecię?
Ach, jak przedziwnie jest na tym świecie!
Ty sam kim jesteś? Czyj? Skąd przychodzisz?
Bracie! Rozmyślać nad tym ci się godzi!
Związek z dobrymi to brak związania.
Gdy brak związania, nie ma zbłąkania.
Gdy brak zbłąkania – znieruchomienie.
W znieruchomieniu – za życia wyzwolenie.
Gdy młodość przeszła, cóż po amorach?
Gdy wyschła woda, cóż zostało z jeziora?
Gdy majątku nie stało, cóż z rodziny zostaje?
Gdy się Prawdę poznało, czymże świat się staje?
Nie szczyć się młodością, rodziną czy mieniem!
Wszystko czas porywa w okamgnienie!
Rzuciwszy to wszystko, co tworem jest złudy,
Wejdź w stan Brahmana, poznawszy wprzódy!
I znów dzień i noc, wieczór i ranek,
I znów zima z wiosną idą na zmianę.
Czas się bawi, życie ucieka…
Mimo to wicher pragnień nie opuszcza człeka.
Przecz się troszczysz o los majątku czy żony!
Czyż nie masz swego zarządcy? Szalony!
W trzech światach związek z dobrymi jedynie
Jest łodzią, którą morze bytu przepłyniesz.
Z kokiem czy łysy, z włosem wyrwanym,
W pomarańczowe szaty przebrany –
Głupiec! Nie widzi, choć w koło spoziera!
To jeno dla brzucha tak się poprzebierał!
Ciało zgrzybiałe, włos posiwiały,
Zęby już z gęby powypadały –
Na kiju wsparty idzie stary człowiek.
Mimo to go nie opuszcza pragnień mrowie!
Z przodu ogień, słońce za plecami,
Nocą podbródek wsparty kolanami,
W dłoni jałmużna, pod drzewem mieszkanie…
Mimo to nie opadają więzy pragnień!
Idzie na pielgrzymkę do Gangasagary,
Przestrzega ślubów, rozdaje dary.
Lecz bez poznania – każda głosi szkoła –
Nawet przez sto wcieleń wyzwolić się nie zdoła!
Świątynia i podnóże drzewa – mieszkaniem,
Posłaniem – ziemia, skóra gazeli – ubraniem,
Porzucenie wszelkich dóbr i własności…
Komuż bezpragnienie nie sprawia radości!
Czy to jodze oddany, czy w wirze doznania,
Czy z ludźmi związany, czy bez związania,
Czyje serce w Duchu rozkosz znajduje,
Ten się tylko raduje, raduje, raduje…
Kto z Pieśni Pana przeczytał choć dwa słowa,
Kto wody z Gangi choć kroplę skosztował,
Wrogowi Mury kto choć raz cześć złożył,
Temu rozmowa z Jamą nie grozi!
I znów narodziny, i znów umieranie,
I znowu w matczynym łonie spoczywanie…
Z tego nie do przebycia oceanu życia,
Z bezbrzeżnej sansary – wybaw, Wrogu Mury!
W stroju ze szmat leżących na ulicy,
Na drodze, gdzie się zasługa ani grzech nie liczy,
Jogin z umysłem w jodze pogrążonym
Cieszy się jak dziecko albo szalony!
Kim jesteś ty? Kim ja? Skąd przychodzisz?
Kim jest twoja matka? Kim twój rodzic?
Rozmyślaj nad tym, rzuciwszy świat cały,
Bezwartościowy i snem się wydały.
W tobie, we mnie, wszędzie jeden jest Wszechprzenikliwy.
Próżno zżymasz się na mnie, niecierpliwy!
We wszystkim ujrzyj siebie samego jedynie,
Wszędzie porzuć niewiedzę, wielości przyczynę!
Z wrogiem czy przyjacielem, krewnym czy synem
Nie próbuj ani walczyć, ni przymierza czynić!
Dla wszystkich jednaki bądź zawsze i wszędzie,
Jeśli pragniesz stan Wisznu posiąść jak najprędzej.
Pragnienia, gniewu, chciwości, głupoty
Zbywszy się, szukaj siebie: Kim jestem? Myśl o tym!
Ci co siebie nie poznali, głupcy,
Pieką się pogrążeni w piekielnej czeluści!
Co śpiewać? Pieśń Pana i Sahasranamę.
Co dumać? Męża Śri postać nieprzerwanie.
Co prowadzić? Umysł do świętych środowisk.
A co oddać? Majątek biednemu człekowi.
Łatwo się zażywa uciech nazbyt wiele,
Potem – ach, biada! Choroba w ciele!
Chociaż na świecie śmierć jest schronieniem,
Mimo to go nie opuszcza złe prowadzenie!
Majątek jest nic niewart, myśl o tym stale!
Zaprawdę, nie ma zeń przyjemności wcale.
Nawet przed synem majętni strach czują!
Wszędzie na świecie jest to regułą!
Wstrzymaj oddech, cofnij zmysły,
Wieczne i niewieczne rozróżniaj w myśli.
W skupieniu niechaj cię dżapa wspomaga.
Czyń to z uwagą, wielką uwagą!
Lotosom stóp Guru oddany bez miary
Jak najszybciej się wyrwij z sansary!
Gdy zmysły i umysł zatrzymasz w biegu,
Ujrzysz Boga w sercu swym mieszkającego!



Sześć strof do Wisznu

Zabierz pychę ode mnie, Wisznu!
Myśl okiełznaj, oddal złudny miraż przedmiotów,
Miłosierdzie okaż stworzeniu,
Z oceanu je wybaw sansary.
Do stóp męża Śri lotosów,
Wonią Bytu-Myśli-Szczęścia upajających,
Boskiej rzeki pełnych miodu,
Strach i ból niweczących się kłaniam!
Mimo żem odrzucił wielość,
Ja Twój jestem, Panie – nie Ty jesteś moim!
To do morza należy fala –
Nigdy morze nie należy do fali.
Podnoszący górę! Wrogu
Hord demonów! O oczach z słońca i księżyca!
Gdy się ujrzy Twą potęgę,
Zaliż można się światem zachwycać?
Zstępujący we wcieleniach,
Jako Ryba i inne wiecznie chronisz ziemię.
O Najwyższy Władco! Panie!
Ratuj mnie, strwożonego żarem życia!
Damodaro, cnót świątynio!
O Gowindo, o twarzy pięknej niczym lotos!
O mącący morze bytu!
Zabierz trwogę najwyższą ode mnie!
Narajano współczujący!
Stopy Twoje niech uczynię moim schronieniem!
Niech tych sześciu wierszy pszczoła
Wiecznie mieszka na ust mych lotosie!



Tradycja mówi, że wielki Siankaraczarja był również wielkim znawcą ezoterycznych nauk tantrycznych. Mimo iż wobec innych głosił adwajta-wedantę, że pisał długie, suche komentarze do Upaniszad i innych pism objawionych, przecież w głębi serca żywił najgłębszą cześć do Bogini. Wiedzieli o tym tylko najbliżsi uczniowie. Tak że kiedy razu pewnego Mistrz ułożył czterdzieści trzy zwrotki przejmującego hymnu do Bogini, uczniowie szybko dopisali dalszych sześćdziesiąt, równie natchnionych. Tak powstała Fala Piękna - Saundarjalahari, w 103 zwrotkach.



Fala piękna

Siwa, gdy z Siakti jest złączony, mocen jest władać całym światem -
w przeciwnym razie Bóg, zaiste, nawet się ruszyć nie jest w stanie.
Więc Tobie, którą winien wielbić sam Hari, Hara i Wirińcza,
jak się ośmieli bić pokłony lub sławić Cię wyzbyty zasług?
Wirińczi, najdrobniejszy pyłek zebrawszy z Twoich stóp-lotosów,
w pełni skończone stwarza światy. Z ogromnym trudem go unosi
Siauri na swoich głów tysiącu. Hara, rozgniótłszy go na proszek,
jako popiołu go używa do posypania swego ciała!
Tyś miastem jest na wyspie Słońca w mroku umysłów niewiedzących,
strumieniem soku z pęku kwiatów ze świadomości nieczujących,
Tyś naszyjnikiem jest z klejnotów spełnienia życzeń dla biedaków,
Tyś jest kłem Dzika - Wroga Mury - dla pogrążonych w morzu wcieleń!
Podczas gdy innych bogów grono dłońmi strach niszczy i obdarza,
Ty jedna nie objawiasz gestu błogosławieństwa i opieki.
Albowiem tylko Twoje stopy, o Ty, coś światów jest schronieniem,
mogą strach zniszczyć i obdarzyć owocem większym niż pragnienie.
Uczciwszy Ciebie, która zsyłasz pomyślność swym czcicielom, Hari,
ongiś w kobietę przemieniony, Wroga Miast nawet wprawił w drżenie.
Smara też, gdy Ci pokłon złożył, swym ciałem, które zasługuje,
by je lizały oczy Rati, i wielkich mędrców urzec może.
Córko Gór Mroźnych! Trochę Laski z kącika Twego oka mając,
chociaż sam jeden, Bezcielesny, zbrojny w łuk z kwiatów, z pszczół cięciwę,
W pięć strzał, w rydwanie swym wojennym - chłodnym wietrzyku z gór Malaja,
i z Wiosną jako swym wasalem, całego świata jest zwycięzcą!
Niech Chluba Niszczyciela Grodów stanie przed nami, dzwoniąc paskiem,
ugięta pod ciężarem piersi krągłych jak wzgórki dwa na czole
Młodego słonia, cienka w pasie, o licu jak jesienny księżyc
w pełni, niosąca w swoich dłoniach łuk, strzały, pętlę oraz oścień!
Błogosławieni ci nieliczni, którzy Cię czczą, spoczywającą
w pościeli z Najwyższego Siwy na łożu, co ma Siakti postać,
W domu z klejnotów życzeń, w gaju nipowych drzew, na wyspie z pereł,
wśród boskich drzew, w morzu nektaru - Szczęścia i Świadomości Falę!
Przeciąwszy całą drogę Kuli - ziemię ukrytą w muladharze,
wodę zawartą w manipurze, ogień płonący w swadhiszthanie,
Wiatr w sercu, przestrzeń ponad wiatrem i umysł w kręgu między brwiami -
w lotosie o tysiącu płatkach z Małżonkiem igrasz potajemnie.
Gdy już nasycisz strumieniami nektaru wytryskującego
ze stóp Twych pary wszechświat ciała, to ze świetlistych złóż nektaru
Powracasz znów do swej siedziby, i tam, w wężowej swej postaci
zwiniętej w trzy i pół pierścienia, śpisz w kulakundy zagłębieniu.
Dziewięć trójkątów Praprzyrody: cztery Śri Kanthy, pięć Łaskawej,
poprzecinanych wokół Siambhu kreśląc trzydzieści i trzy kąty,
Z lotosem, co ma osiem płatków, z lotosem szesnastopłatkowym,
oraz trzy kręgi i trzy linie - kąty schronienia Twego tworzą.
Córko Gór Śnieżnych! Twoją piękność najznakomitsi wśród poetów
z Brahmą na czele nadaremno próbują z czymś porównać w świecie!
Nimfy niebiańskie, tak gorliwie wpatrzone w Ciebie, myślą samą
zdobyły to, co przez ascezę trudno jest zdobyć - jedność z Siwą.
Za starcem szpetnym i zgrzybiałym, niezdolnym do miłosnych uciech,
którego wzrok Twój ledwie musnął, setkami biegną tłumy kobiet!
Wstążki spadają im z warkoczy, sari się zsuwa z piersi-dzbanów,
pękają paski z głośnym trzaskiem, aż gubią swe jedwabne szaty!
W ziemi - pięćdziesiąt sześć promienie, pięćdziesiąt dwa promienie w wodzie,
w ogniu - sześćdziesiąt dwa promienie, w powietrzu są pięćdziesiąt cztery,
A siedemdziesiąt dwa są w niebie, pięćdziesiąt cztery zaś w umyśle -
daleko wyżej od nich wszystkich jest para stóp Twych lotosowych!
Czyż mogą słowa przesycone słodyczą miodu, winnych kiści
i mleka nie należeć do tych, którzy choć raz uczcili Ciebie,
Promienną jak jesienny księżyc, z księżycem wpiętym w węzeł włosów,
z księgą, różańcem kryształowym i gestem łaski i opieki?
Nieliczni wzniośli, którzy czczą Cię jako Jutrzenkę, co rozgrzewa
jak światło wschodzącego słońca gąszcz lotosowy serc poetów,
Rozkoszą napawają mędrców swoją wymową, tak głęboką,
niczym najświeższych uczuć fala od ukochanej żony Brahmy.
O Matko! Kto o Tobie duma i o Ożywicielach Mowy
z Wasini na czele, błyszczących jak rżnięty kamień księżycowy,
Ten twórcą wielkiej jest poezji, o słowach pięknych, w wyszukanym
stylu i słodkich niczym zapach lotosu ust Bogini Mowy.
Iluż to pięknych nimf niebiańskich, łącznie z Urwaśi, o strwożonych
oczach płochliwych leśnych łani, nie mógłby posiąść ten, kto pomni,
Że niebo oraz ziemia cała skąpana jest w szkarłatnym blasku
płynącym z wdzięków Twego ciała, kryjących świetność wschodu słońca!
Kto duma cząstkę Twą Manmathy, postrzegłszy w Kropli Twoje lico,
poniżej - piersi Twoich parę, pod nimi zaś połowę Hary,
Ten, o Królowo Hary, z miejsca kobiety wprawia w poruszenie
i każe kręcić się Trójsferze o piersiach z Słońca i Księżyca.
Kto w sercu przechowuje Ciebie, rozsiewającą ze swych członków
snopem promieni wodę życia, niczym w kamieniu księżycowym
Wyryty obraz, ten poskramia pychę wężową jak Król Ptaków
i żar gorączki koi wzrokiem, co jest jak życiodajna nadi,
Ci wielcy, którzy oglądają umysłem czystym, niezmąconym,
cieniutką niczym błyskawica Twą cząstkę, mającą naturę
Ognia i słońca, i księżyca, ponad sześcioma lotosami,
w wielkim lesie lotosów, falą najwyższej rozkoszy się sycą.
"Bhawani! Mnie, Twojego sługę, obdarz spojrzeniem litościwym!" -
pragnąc Cię sławić, kto wyrzeknie: "Niech będę Tobą!", w tejże chwili
Objawiasz mu stan tożsamości ze sobą samą, rozświetlony
blaskiem diademów, które noszą Mukunda, Brahma i Mahendra.
Jedną połowę ciała Siambhu zająwszy, niezadowolona
że tylko lewą, zawładnęłaś, tak mniemam, również pozostałą,
Bo Twoja postać z trojgiem oczu cała wydaje się czerwona,
zgięta pod piersi dwu ciężarem, sierpem księżyca ozdobiona.
Stworzyciel świat wyłania, Hari go podtrzymuje, Rudra niszczy,
Władca, co w niwecz go obraca, swe ciało nawet unicestwia.
Wszystkiemu temu błogosławi Odwieczny Siwa, wypełniając
Twój rozkaz, ledwie dostrzegalnym zmarszczeniem lian-brwi wydawany.
Małżonko Siwy! Cześć złożona Twym stopom wnet się hołdem staje
dla trójcy bogów z trzech gun Twoich zrodzonych; przeto stoją oni
Wiecznie u stóp podnóżka Twego, wysadzanego klejnotami,
w boskich diademach uwieńczonych ozdobą z ich złożonych dłoni.
W pięciu żywiołach się rozpuszcza Wirińczi, kres osiąga Hari,
ginie Kinasia, Dawca Bogactw odchodzi w niebyt, długi szereg
Tak zawsze czujnych oczu Indry też się zamyka - wśród tej wielkiej
zagłady, o z żon najwierniejsza, tylko Małżonek Twój się bawi!
Cokolwiek czynię, niech się staje rodzajem czci składanej Tobie:
szeptem modlitwy - moja mowa, mudrami - wszelkie rękodzieło,
Mój chód - krążeniem wokół Ciebie, strawa - obiatą, odpoczynek -
pokłonem, a wszelka wygoda - oddaniem Ci samego siebie.
Chociaż spijają wodę życia, niszczącą śmierć i straszną starość,
wszyscy mieszkańcy nieba giną, tacy jak Brahma i Mahendra.
Że życie Siambhu, który połknął straszną truciznę, nie ma kresu,
jest to zasługą, Rodzicielko, szczególnej mocyTwych zausznic.
Zwycięskie są Twej świty słowa: "Uważaj na koronę Brahmy!",
"Bo potkniesz się o twardy diadem Zabójcy Kajtabhy!", "Nie podchodź
Za blisko do diademu Indry!" - gdy oni zgięci są w pokłonie,
a Ty się zbliżasz, by powitać Bhawę, co przybył w Twoje progi!
O Wieczna! Ty, której ze wszech stron służą promienie z Twego ciała
płynące, z animą na czele! Kto myśli wciąż: "Ja jestem Tobą",
Cóż w tym dziwnego, że przed takim, co za nic ma bogactwa Siwy,
lampami na znak czci powiewa sam Ogień Wielkiego Zniszczenia!
Sześćdziesięcioma i czterema tantrami, których głównym celem
jest osiągnięcie różnych mocy, świat cały zwiódłszy, Pasiupati
Na Twe usilne naleganie ponownie zesłał na tę ziemię
Twą Tantrę, która sama przez się wszystkie człowiecze cele spełnia.
Siwa i Siakti, Kama, Ksziti; a po nich Słońce wraz z Księżycem,
Smara i Hansa oraz Siakra; a dalej Para, Mara, Hari -
Te oto zgłoski, połączone po każdym z owych trzech zestawów
z trzema liniami serca, tworzą człony imienia Twego, Matko!
Jedyna! Wieczna! Smarę, Joni i Lakszmi - trójcę tę złożywszy
przed mantrą Twoją, bezgraniczną, wielką rozkoszą przepełnieni,
Czczą Cię różańcem nanizanych na nić paciorków czintamani,
setki strumieni ghi Surabhi lejąc w ofierze w ogień Siwy.
O Boska! Tyś jest ciałem Siambhu o piersiach z Słońca i Księżyca!
Na ciało Twoje nieskalane jak na Nawa Atmana patrzę.
Przeto wzajemny wasz stosunek Rozkoszy oraz Świadomości
jest wyznaczany przez tożsamość głównego i drugorzędnego.
Tyś jest umysłem, Tyś przestrzenią, Tyś wiatrem, ogniem, wodą, ziemią -
gdy w różne kształty się oblekasz, nie ma wyższego nic od Ciebie!
Ty właśnie, młoda żono Siwy, pragnąc przemienić siebie samą
w ciało wszechświata, nosisz w sobie Szczęścia i Świadomości postać.
Cześć składam Najwyższemu Siambhu w Twym kręgu adżni świecącemu
blaskiem miriadów słońc, księżyców, i z jednej strony objętemu
Przez Czit Najwyższą. Kto Go uczci z oddaniem, mieszka w świecie światła,
wolnym od cierpień, gdzie nie sięga blask ognia, słońca i księżyca.
W Twojej wisiuddhi służę Siwie jak czysty kryształ przejrzystemu,
ojcu przestrzeni, i Bogini, która jednako z Siwą działa.
Światłem obojga pod postacią promieni księżyca Dżagati,
wolna od wewnętrznego mroku, jak ptak czakora się upaja.
Czczę parę wspaniałych łabędzi w stawie serc wzniosłych pływających
i tylko miodem z rozkwitłego lotosu się rozkoszujących,
Które wzajemnym swoim śpiewem wzbudzają osiemnaście Widji
i dobro od zła oddzielają bez reszty, jak mleko od wody.
O Matko! Wysławiam Samwartę, co mieszka w Twojej swadhiszthanie
władając ogniem, jak też ową Wielką Samaję, która w czasie,
Gdy On swym przepotężnym wzrokiem, płonącym gniewem, spala światy,
łagodzi żar mrozem spojrzenia przesyconego miłosierdziem.
Cześć składam strasznej, ciemnej chmurze ukrytej w Twojej manipurze
wraz ze swą Mocą - błyskawicą, której to blask się przeciwstawia
Ciemności; tęczą przepasanej, iskrzącej się mnóstwem klejnotów,
deszcz zsyłającej na rozgrzane przez Harę mihirę trzy światy.
Rozmyślam o Nawa Atmanie tańczącym w Twojej muladharze
swój taniec o dziewięciu smakach - wielką tandawę, wraz z Samają,
W swym tańcu - lasji, pogrążoną. Z nich to obojga, pełnych łaski
zwróconej ku dziełu stworzenia, jak z Ojca-Matki świat ten powstał.
Córko Gór Mroźnych! Kto wysławia Twój złoty diadem, przetykany
gęsto słońcami - klejnotami niebios, o barwie rubinowej,
Zaliż mu na myśl nie przychodzi, że sierp księżyca, wielobarwnym
blaskiem klejnotów się mieniący, jest łukiem Siunasiry - tęczą?
Niech nas uwolni od ciemności gęstwa Twych miękkich, lśniących włosów,
tak bujnych, podobnych do kępy rozkwitłych błękitnychlotosów!
Małżonko Siwy! Mam wrażenia, że aby ich woń przyrodzoną
uzyskać, mieszkają w nich kwiaty z niebiańskich drzew ogrodu Indry!
Niechaj przedziałek w Twoich włosach wytyczający bieg strumienia
fali piękności Twego lica, niosący smugę cynobrową
Jak promień wschodzącego słońca przez hordy wrogów więzionego -
przemożną czerń Twych włosów gęstwy - pomyślność ku nam zwrócić raczy!
Twarz Twoja, pierścieniami loków ze swej natury się wijących
jak młodych pszczół rój okolona, z piękności lotosu się śmieje.
Z niej to, leciutko uśmiechniętej, opromienionej pręcikami
wspaniałych zębów, miód spijają pszczoły ócz Niszczyciela Smary.
Zda mi się, że Twe czoło, które jaśnieje jasnym, czystym blaskiem
urody swej, to jakby drugi półksiężyc przy Twoim diademie.
Gdyby tak oba je odwrócić i złączyć, zamieniłyby się
w zimnopromienny księżyc w pełni zlepiony spoiwem nektaru.
O Umo, która niestrudzenie niweczysz strach przed światem! Myślę,
że Twoje brwi wygięte lekko to Męża Rati łuk z napiętą
Cięciwą pary Twoich oczu - dwóch pszczół, trzymany w lewej dłoni,
zasłaniającej środek łuku, z ukrytą pięścią i nadgarstkiem.
Twe prawe oko dzień wyłania, jako że ma naturę słońca.
Lewe, księżyca mając postać, noc stwarza. Trzecie Twoje oko,
Które swym pięknem przypomina ledwie rozkwitły złoty lotos,
świt i zmierzch rodzi, które leżą w przerwie pomiędzy dniem i nocą.
Zwycięża oczu Twych spojrzenie! Dalekosiężne i przychylne,
o jasnym blasku, z którym zmierzyć nie mogą się błękitne lilie,
Źródło strumienia łaski, słodkie, dające szczęście, opiekuńcze,
przewyższające wiele grodów - doprawdy, różnie zwać je można!
Ujrzawszy, że dwie złote pszczoły Twych spojrzeń rzucanych z ukosa,
spijając chciwie dziewięć smaków, nie odstępują Twoich uszu
Sycących się miodem z bukietu pieśni poetów, Twoje oko
na czole pod wpływem zazdrości poczerwieniało odrobinę.
O Rodzicielko! Twe spojrzenie czułą miłością darzy Siwę,
innym niechętne, złe na Gangę, zdumione czynami Girisi,
Boi się wężów - ozdób Hary, zwycięża urodę lotosu,
do przyjaciółek swych się śmieje, a dla mnie pełne jest współczucia.
Obramowane pióropuszem rzęs, aż do uszu dochodzącym,
dwa groty strzał, spokój umysłu Pogromcy Grodów niweczące,
Te właśnie, o pąku w koronie dynastii Króla Gór, Twe oczy
bawią się w strzały boga Smary do Twoich uszu sięgające.
Troje Twych oczu, o najmilsza żono Isiany, jaśniejących
trzema różnymi kolorami, prześwieca przez czerń antymonu,
Jakby trzy guny: radżas, sattwę i tamas, niosąc, by powołać
znowu do życia zgasłych bogów: Druhinę, Harego i Rudrę.
O Ty, której serce należy wyłącznie do Pasiupatiego!
Swymi oczami błyszczącymi czerwienią, bielą oraz czernią,
Pełnymi łaski, doprowadzasz do połączenia bezgrzesznego
trzech świętych nurtów: Siony, Gangi, Jamuny, by nas obmyć z grzechów.
Gdy zamkniesz oczy - giną światy, gdy je otwierasz - znów się rodzą.
Tak mówią mędrcy. O Królewno Górska! Aby ten wszechświat cały
Z otwarcia Twych oczu powstały od strasznej zagłady ocalić,
przypuszczam, że nigdy powieki nie zasłaniają Twoich oczu!
Błyszczące rybki siapharika o wiecznie czuwających oczach,
lękając się złośliwych plotek Twych oczu, pod wodą się kryją.
Bogini Piękna, o Aparno, opuszcza z brzaskiem lilię wodną,
gdy zamkną się jej płatków wrota, a wchodzi w nią z nastaniem nocy.
Małżonko Siwy! W swym spojrzeniu dalekosiężnym, pięknym niczym
błękitny lotos, skąp łaskawie i mnie biednego, dalekiego!
Dla niego to błogosławieństwo, dla Ciebie zaś - niewielka strata.
Na las czy dom jednakie światło zimnopromienny rzuca księżyc.
Królewno Górska! Komużeż to Twe skronie, wygięte od oczu
do płatków uszu, nie przywodzą na myśl Kwietnostrzałego łuku,
Gdzie drogę do uszu przeciąwszy, błyski ukośnych Twoich spojrzeń,
z kącików oczu wypuszczanych, cel lotu strzały wyznaczają!
Zda mi się, że to Twoje lico z parą obręczy, w Twych policzkach
lśniących odbitych, to Manmathy czterokołowy rydwan, w który
Wsiadłszy, bohater wielki, Mara, z wodzem Pramathów chce się zmierzyć,
wyposażonym w rydwan - Ziemię, o kołach z słońca i księżyca.
Małżonko Siarwy! Kiedy spijasz czarkami uszu nieustannie
rozkoszne słowa Saraswati falę nektaru unoszące
I głową potrząsasz z zachwytu nad kunsztem ich, liczne obręcze
wpięte w Twe uszy, głośno dzwoniąc, jak gdyby echem im wtórują.
Niech jak najszybciej, o Chorągwi dynastii gór pokrytych śniegiem, 
obdarzy nas oczekiwanym owocem bambus Twego nosa,
Noszący wewnątrz osadzone przes lodowaty oddech perły,
a i na zewnątrz ozdobiony perłami, w które jest bogaty!
O Pięknozęba! Wnet spróbuję porównać z czymś warg Twoich krasę,
z natury swojej purpurowych - niech zrodzi owoc krzew koralu!
Nie, to nie owoc bimby! Zaliż nie wstydziłby się ani trochę,
poczerwieniały od odbicia postaci Twej, równać się z nimi?
Ptakom czakora, spijającym światło uśmiechu, promieniami
płynące z księżyca Twej twarzy, omdlały dzioby od nadmiaru
Słodyczy, przeto mając chętkę na coś kwaśnego, piją chciwie
nocami nektar księżycowy do woli, myśląc, że to kleik. 
Zwycięski jest Twój język, Matko, szepcący modły, niestrudzenie
powtarzający opowieści o chlubnych czynach Twego Męża!
Mieni się barwą chińskiej róży, tak że przejrzysty kryształ ciała
na jego czubku mieszkającej Saraswati zmienia się w rubin.
O Matko! Kawałki betelu z ust Twoich, zmieszane z roztartą
kamforą, przejrzystą jak księżyc, Wisiakha, Upendra i Indra,
Wróciwszy po bitwie zwycięskiej z Dajtjami, w kolczugach, bez hełmów,
wchłonęli bez reszty, a Czandzie oddali odpadki po Siwie.
Przy dźwiękach lutni śpiewająca chwałę rozlicznych przeszłych czynów
Wroga Miast, Wani, gdy Ty głową potrząsasz na znak aprobaty
I wołasz: "Brawo!", cicho chowa do futerału swoją winę,
bo strun jej delikatne tony usuwa w cień słodycz Twej mowy.
O Córko Gór! Jak tu opisać podbródek Twój nieporównany,
który podstawą jest zwierciadła Twej twarzy, tak czule muskany
Przez Himawata koniuszkami palców, raz po raz unoszony
przez Pana Gór do pocałunku, godny dotknięcia dłonią Siambhu?
Kiedy otoczą ją ramiona Zwycięzcy Grodów, Twoja szyja,
pokryta meszkiem najeżonych z rozkoszy włosków, przypomina
Łodygę lotosu Twej twarzy; naszyjnik z pereł, choć sam biały,
pokryty czarnym aloesem, ma wdzięk łodygi wrosłej w błoto.
Mistrzyni stylu, tonu, pieśni! Na Twojej szyi połyskują
trzy linie, jakby wyznaczały liczbę wokół niej oplecionych
Podczas zaślubin sznurów szczęścia, niczym granice, znacząc miejsce
trzech gun, podłoże stanowiących wszelakich form rag słodkobrzmiących.
Piękno Twych czterech ramion-pnączy, tak delikatnych jak łodygi
lotosu, ust czworgiem opiewa Zrodzony w Lotosie; paznokci
Zabójcy Andhaki się bojąc, gdyż pierwszą strąciły mu głowę,
swe pozostałe cztery głowy myśli powierzyć Twoim rękom.
Powiedz, o Umo, w jaki sposób opisać urok Twoich dłoni
szydzących blaskiem swych paznokci z czerwieni młodego lotosu?
Ach, żeby choć trochę podobne były do czegoś! Przecież lotos
ma płatki czerwone od laki ze stóp tańczącej na nim Lakszmi!
Niechaj pozbawi nas znużenia Twych piersi para, o Bogini,
wiecznie dających mleko, ssanych wespół przez Skandę i Ganesię!
Kiedy zobaczył je Heramba, z sercem nękanym wątpliwością
natychmiast dotknął dłonią obu narośli na czole, śmiech budząc.
Chorągwi Króla Gór! Twe piersi są niczym czary rubinowe
nektarem życia napełnione, nie ma nic cienia wątpliwości
W naszym umyśle co do tego, gdyż ci, co pili z nich: Ganesia
i Skanda, nieświadomi smaku miłości, nawet dziś są dziećmi!
O Matko! Okręg Twoich piersi nosi naszyjnik lśniących pereł,
pereł, wyjętych z czaszki słonia z rodu Danawów! Wzbogacony
Odbiciem wrodzonego blasku Twych warg jak bimba, przypomina
sławę Poskromiciela Grodów zmieszaną z jego walecznością.
O Córko Gór! Mleczny ocean poezji z Twego serca, zda się,
jakby unosił z sobą mleko z Twych piersi, które litościwie
Ofiarowane, gdy ze smakiem wypiło drawidyjskie dziecię,
dane mu było stać się mistrzem wśród najznakomitszych poetów.
Lizany językami ognia rozpalonego gniewem Hary,
zanurzył się Zrodzony w Sercu w głębokim stawie Twego pępka.
O Córko Gór! Wyrosło z tego pnącze dymu, a ludzie mówią,
że jest to pas ciemnego puchu powyżej Twego pępka, Matko!
Małżonko Siwy! Pod postacią cieniutkich fal rzeki Kalindi
w twej wiotkiej talii, Rodzicielko, jawi się mędrcom owo pasmo,
Jakby zgęszczony eter, między dzbanami Twych piersi ukryty,
od wzajemnego ich nacisku spłynął do wyżłobienia pępka.
O Córko Gór! Pępkowi Twemu - wirowi Gangi zastygłemu,
podłożu wzrostu liany włosków z pąkami piersi, jamie, w której
Tli się ofiarny ogień męstwa Kamy, altanie uciech Rati,
grocie, gdzie cel swój osiągają oczy Girisi - wieczna chwała!
O Córko Gór! Błogosławiona niech będzie kibić Twa, z natury
wiotka, ugięta pod ciężarem stromych pagórków piersi, wielce
Znużona ciągłym ich dźwiganiem, jakby żłobiła z wolna drogę
wśród fałd i pępka, a tak mocna, jak dąb na kruchym brzegu rzeki!
Zda się, że Kama, który sprawia, że piersi niczym złote dzbany,
rozdarłszy bluzkę ściskajacą pokryte nagle potem boki,
O pachy Twe się ocierają, pragnąc uchronić, o Bogini,
Twą kibić wiotką przed złamaniem, trzykroć ją oplótł mocną lianą.
Ciężkość i ogrom odłamawszy od swoich stoków, Górski Władca
przekazał Tobie, o Parwati, w podarku ślubnym jako posag;
Dlatego zbocza Twoich bioder są takie ciężkie i ogromne,
że zasłaniają całą ziemię i czynią ją lżejszą zarazem.
O Córko Gór! Gdy ud Twych para znacznie przewyższa nawet trąby
najdostojniejszych słoni, jak też złociste pnie drzew bananowych,
Twoim kolanom, doskonale okrągłym, twardym od pokłonów
przed Mężem Twym, nie dorównują wzgórki czołowe słonia Indry!
O Córko Gór! Gdy Pięciostrzały zwyciężył Rudrę, to zaiste
przemienił łydki Twe w kołczany kryjące strzał dwa razy tyle,
Na końcach których połyskuje dziesiątka grotów pod postacią
paznokci stóp Twych, wyostrzonych w szpic osełkami boskich koron.
O Matko! Połóż na mej głowie, przez miłosierdzie, swoje stopy,
które pąkami są w koronach zdobiących głowy Wed, a woda,
Co je obmywa, spływa rzeką z upiętych wlosów Pana Stworzeń,
piękno ich laki lśni czerwienią klejnotu z diademu Harego.
Słowami "pokłon" pozdrawiamy parę Twych stóp zachwycających,
jaskrawo lśniących świeżą laką; Pan Stworzeń ogromnie zazdrości
Drzewu kankeli rosnącemu w Twoim ogrodzie przyjemności
i nieustannie pragnącemu, by je kopały Twoje stopy.
Gdy Mąż Twój dla żartu pomylił Twe imię, wnet kopią go w czoło
dwie Twoje stopy lotosowe, on zasię ze wstydu się zgina.
Na dźwięk obręczy na Twych nogach Isiany Wróg, wyrwawszy wreszcie
z dawna noszoną w sercu drzazgę spalenia, krzyknął tryumfalnie.
Nie dziw, że Twoje stopy, Matko, sposobne mieszkać w śnieżnych górach,
i w dzień, i w nocy lśniące bielą, szczodrze sypiące swym czcicielom
Twą łaskę, przewyższają lotos, który śnieżyca zabić może,
który śpi nocą i częściowo na względy Lakszmi zasługuje!
Czemuż to najlepsi poeci końce Twych stóp, od nieszczęść wolne,
mieszczące w sobie wszelką sławę, które to w czasie zamążpójścia
Burzyciel Miast o czułym sercu, uniósłszy nieco ramionami,
postawił na skale, do twardej skorupy żółwia przyrównują?
Twe stopy, Czandi, o paznokciach w kształcie księżyców, składających
do hołdu dłonie lotosowe niebiańskich dziewic, obdarzają
Zawsze i wciąż biedaka dobrem i szydzą z boskich drzew kalpaka,
które palcami kiełków dają owoce swe mieszkańcom niebios!
Niech dusza ma zaopatrzona w sześć zmysłów-nóg stanie się pszczołą
o sześciu nogach, zanurzoną w Twej stopie - owym dobroczynnym
Bukiecie kwiatów z drzew mandara, dającym wciąż potrzebującym
to, czego pragną, rozlewając obficie miód - falę piękności!
O Ty, o czarującym chodzie! Twoje łabędzie oswojone,
kroczące chwiejnie, jakby chciały dla figlów ćwiczyć się w stąpaniu,
Nie odstępują lotosowej Twej stopy, która jakby brzękiem
obręczy z przecudnych klejnotów uczyła ich sztuki chodzenia.
Służący Ci Druhina, Hari, Rudra, Iśwara Twoim łożem
się stał; Siwa zaś, udając przejrzystej barwy prześcieradło,
Przybrawszy odcień purpurowy, lśniący odbiciem Twych promieni,
niczym wcielony smak miłości napawa oczy Twe rozkoszą.
Aruna, Miłosierdzie Siambhu, o falujących włosach, miłym
i pełnym prostoty uśmiechu, o ciele niczym kwiat śiriszy,
O piersiach twardych jak kamienie, o nadzwyczajnie cienkiej talii,
pięknych i szerokich biodrach, zwycięża, aby świat ocalić!
Przeobrażone w kryształowe zwierciadło dla stóp Twoich, słońce
łagodne, gdyż promieni rzędy, lękając się o Twoje lico,
Ukryło we wnętrzu swym, odbija Twą twarz jak lotos swego serca,
który przez księżyc nie nękany w nieustającym jest rozkwicie.
Piżmem jest plama na księżycu, a wodna tarcza księżycowa
to wypełniona kryształkami kamfory - cząstkami księżyca,
Szkatułka Twoja szmaragdowa, którą codziennie, opróżnioną
Twą ręka, Widhi wciąż na nowo napełnia dla Ciebie, zaiste!
Tyś jest haremem Wroga Grodów, przeto zaszczytu oddawania
czci Twoim stopom nie dostąpią ci, którzy mają chwiejny umysł.
Wszak i moc owych nieśmiertelnych, którym przewodzi Siatamakha,
nie dorównuje tym, co stoją u drzwi Twych, z Animą na czele!
Iluż poetów nie zabiega o względy Żony Stworzyciela?
Któż dzięki odrobinie mienia nie staje się mężem Śri Dewi?
O najwierniejsza z wiernych! Uścisk Twoich piersi, oprócz Mahadewy,
jest niedostępny dla nikogo - nawet dla drzewa kurawaka!
Zwą Ciebie Mową - żoną Brahmy, i Padmą - żoną Boga Hari,
i Córką Gór - małżonką Hary, biegli w agamach; jako czwarta,
Nieokreślona, niepojęta, o niezmierzonym majestacie,
Wielka Ułuda, zwodzisz wszechświat, Królowo Najwyzszego Ducha!
Pierś dźwigająca wielkie, strome pagórki, czarujący uśmiech,
Kandarpa w spojrzeniu z ukosa i ciało o blasku kadamby
Złudny Twój obraz wywołują, o Umo, wciąż w umyśle Hary -
dla Twoich bezgrzesznych czcicieli to on jest kresem ostatecznym!
Powiedz, o Matko, kiedyż wreszcie napiję się, wiedzy spragniony,
wody, co stopy Twe obmywa, czerwienią laki zabarwionej,
Która przybrała postać soku betelu z ust lotosu Wani,
gdyż sprawia, że nawet z natury niemi zostają poetami?
Twój czciciel igra z Saraswati i Lakszmi, stając się rywalem
ich mężów: Brahmy i Harego, zachwycającym swoim ciałem
Kruszy małżeńską wierność Rati i żyjąc długo, uwolniony
z więzów niewiedzy, spija nektar cudownej, bezkresnej rozkoszy!
Skarbnico! Wiecznie uśmiechnięta, o nieograniczonych cnotach,
znawczyni prawa, bezgraniczna krynico wiedzy, mieszkająca
Tylko w umysłach ujarzmionych, od wszelkich reguł wolna, w strofach 
całej wedanty wysławiana, bezpieczna, wieczna - uświęć hymn mój!
Jak oddawanie czci płomieniem lamp Słońcu, składanie w ofierze
kropel ściekających z kamienia księżycowego Księżycowi,
Jak nasycenie oceanu z fal jego zaczerpniętą wodą
jest wysławianie Cię w tym hymnie Twoimi słowy, Matko Mowy!



Oktawa do Bhawani

Nie mam ojca ni matki, nie mam przyjaciela,
Syna, córki, wnuka, ni pana, ni sługi,
Wiedzy ani zawodu, nie mam nawet żony…
Tylko Tyś mą ucieczką! Tylko Tyś mą ucieczką!
Ty jedna, o Bhawani!
Zanurzony w bezkresnym oceanie bytu
Pełen jestem bólu i wielkiego strachu,
Chciwy i zaślepiony, spragniony rozkoszy,
Skrępowany więzami tego złego świata…
Tylko Tyś mą ucieczką! Tylko Tyś mą ucieczką!
Ty jedna, o Bhawani!
Obca jest mi jałmużna, joga, medytacja,
Nie znam nauka tajemnych, hymnów ni modlitwy,
Ani obrzędów świętych, ani wyrzeczenia…
Tylko Tyś mą ucieczką! Tylko Tyś mą ucieczką!
Ty jedna, o Bhawani!
Nie wiem nic o zasługach ani miejscach świętych,
Nie znam ani zagłady, ani wyzwolenia,
Obca jest mi pobożność i śluby – O Matko!
Tylko Tyś mą ucieczką! Tylko Tyś mą ucieczką!
Ty jedna, o Bhawani!
Wśród nikczemnych przebywam, stale grzesznym służę,
Czyny me nieprawe i rozum zmącony,
Nędznym wyrzutkiem jestem, źle widzę, źle mówię…
Tylko Tyś mą ucieczką! Tylko Tyś mą ucieczką!
Ty jedna, o Bhawani!
Nie znam Wisznu ni Siwy, Brahmy ani Indry,
Słońca ni Księżyca – władców dnia i nocy,
Ni żadnych innych bogów, o Wybawicielko!
Tylko Tyś mą ucieczką! Tylko Tyś mą ucieczką!
Ty jedna, o Bhawani!
W smutku czy też w szaleństwie, w dysputach, wśród wrogów,
Poza domem, w wodzie, w ogniu, w górach, w lesie
Zawsze miej mnie w opiece, o Wybawicielko!
Tylko Tyś mą ucieczką! Tylko Tyś mą ucieczką!
Ty jedna, o Bhawani!
Żebrak jestem bezpański, najnędzniejszy z nędznych,
Dręczą mnie choroby, bezsilność i starość,
W wielkie nieszczęście wpadłem, na zawszem stracony!…
Tylko Tyś mą ucieczką! Tylko Tyś mą ucieczką!
Ty jedna, o Bhawani!



Hymn do Annapurny

Wiecznym szczęściem darząca, morze piękności,
łaskawa, niszcząca strach,
Jawna świata władczyni i czyścicielko,
gładząca wszelaki grzech,
Śnieżnej Góry dynastię uświęcająca,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
Strojna w cudne ozdoby z mnóstwem klejnotów,
w świetności złotych swych szat,
Z sznurem pereł wiszącym na krągłych piersiach,
mieniącym się lśnieniem barw,
Aloesem, szafranem wonna, rozkoszna,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
Szczęście jogi dająca, niszcząca wroga,
strażniczko prawa i dóbr,
Falo światła księżyca, słońca i ognia,
ochrono dla światów trzech,
Wszelkich bogactw, dóbr upragnionych dawczyni,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
Gauri, Umo, Siankari, co górską grotę
Kajlasy masz za swój dom,
O Dziewico, co Wed odsłaniasz znaczenie,
wcielenie nasienia Om,
Skrzydła wrót wyzwolenia otwierająca,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
Która dźwigasz widzialne i niewidzialne
i w łonie masz cały świat,
Nić igraszki w tym świecie przecinająca,
poznania niecąca blask,
W sercu Władcy Wszechświata radość budząca,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
Matko Pełna Pokarmu, boska Władczyni,
co ziemię masz u swych stóp,
Ozdobiona splotami ciemnych warkoczy,
sycąca co dzień nasz głód,
Wszelkie szczęście dająca i los pomyślny,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
Ty przejawiasz alfabet cały, trzech stanów
Siankary Tyś stwórcza Moc,
Złota pani trzech światów, fala troista,
odwieczne Źródło i Noc,
Ludzkich tęsknot sprawczyni i dobrodziejka,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
W prawej dłoni dzierżąca łyżkę ze złota,
na której klejnoty lśnią,
W lewej – misę słodyczy pełną, życzliwa,
dająca szczęśliwy los,
Swym spojrzeniem pomyślność śląca czcicielom,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
Gasisz ogni, księżyców i słońc miliony,
a księżyc to cień Twych warg!
O kolczykach jak słońce, księżyc i ogień,
księżyca i słońca barw,
Trzymająca różaniec, książkę, hak, pętlę,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
Opiekunko rycerzy, strach niwecząca,
o Matko! O morze łask!
Jawną wolność i wieczne dobro dająca,
Wszechwładcy bezcenny skarb!
Opiekunko talentów, Uzdrowicielko,
co w pieczy gród Kasi masz –
Daj jałmużnę, o Matko Pełna Pokarmu,
królowo, skarbnico łask!
Annapurno wiecznie pełna, która serce Siankary masz,
Dla poznania i wajragji, o Parwati, jałmużnę daj!
Matką mą Parwati Dewi, Maheśwara Bóg ojcem mym,
Krewnymi – czciciele Siwy, mą ojczyzną są światy trzy!



Hymn do Gangi

Pani bogów Gango, niebiańska bogini!
O mieniących się falach, trzech światów zbawczyni!
W splątanych Siankary igrająca włosach!
Niech myśl ma czysta mieszka w stóp Twoich lotosach!
Bhagirathi! Matko! Dawczyni radości!
Pisma święte śpiewają o wód Twych świetności.
Jam nie poznał jeszcze majestatu Twego –
Wybaw, o litościwa, mnie niewiedzącego!
Z lotosu Harego stóp fale tocząca
Gango bielsza od śniegu, pereł i miesiąca...
Zdejmij ze mnie czynów grzesznych ciężar srogi,
Przenieś mnie w swojej łasce przez ocean trwogi!
Kto zanurzył usta w Twojej wodzie czystej,
Ten świętości najwyższej skosztował zaiste!
Matko Gango! Kto Twym czcicielem się stanie,
Tego nigdy bóg śmierci ujrzeć nie jest w stanie!
O Dżahnawi! Gango! Grzesznych podnosząca!
Zdobnym w skał cudnych złomy łożyskiem płynąca!
Rodzicielko Bhiszmy, przez Dżahnu zrodzona,
O grzechu zwyciężczyni w trzech światach wielbiona!
Niczym liana życzeń owoc ludziom dajesz:
Ten, kto Tobie się kłania, smutku nie zaznaje!
Gango, co w bezbrzeżnym igrasz oceanie!
Patrzą na Cię z ukosa wszystkie boskie panie!
Kto z Twej łaski w nurtach Twych zazna kąpieli,
Ten już nigdy w matczyne łono się nie wcieli.
O Dżahnawi! Gango! Od piekła chroniąca,
Zmywająca brud wszelki, o chwale bez końca!
Twoje czyste fale bawią się ze słońcem…
Chwała, chwała Dżahnawi z okiem współczującym!
U Twych stóp klejnoty w Indry lśnią diademie!
Szczęściodajna! Pomyślna! Tyś swych sług schronieniem!
Niemoc, żal, udrękę i grzechy me zabierz,
Odegnaj, Bhagawati, niskich żądz gromadę!
Naszyjniku ziemi! Trzech światów nektarze!
Zaprawdę, Tyś moją ucieczką w sansarze!
Niebiańska rozkoszy! Najwznioślejsza z uciech!
Przez strapionych wielbiona! Okaż mi współczucie!
Kto Twój brzeg siedzibą dla siebie uczynił,
Ten zaprawdę zamieszkał w Wajkunthy krainie!
Wolałbym być żółwiem lub rybą w Twych falach
Albo marną jaszczurką na nadbrzeżnych skałach,
Lub śwapaczą nędznym tuż, tuż przy Twej wodzie,
Niźli z dala od Ciebie żyć w królewskim rodzie!
O władczyni światów! Święta! Łask dawczyni!
Córko mędrca wielkiego! Płynąca Bogini!
Kto do Gangi strofy czyta wciąż najczystsze,
Ten jest zawsze zwycięzcą – prawda to zaiste!
Ci, co Gangę w sercu swym czczą z uwielbieniem,
Zawsze i bez wysiłku znajdą wyzwolenie.
Ten oto hymn do Gangi, nektar dla języka,
W dźwięcznym, urzekającym metrum padżdżhatika,
O melodii – rozkoszy niezmierzonej zdroju,
Spełniający życzenia, podniosły w nastroju,
Przez Siankarę – Siankary sługę ułożony,
Niechaj czyta człek świecki, a będzie zbawiony.



Małemu Siankarze zawsze podobało się życie sannjasina, wyrzeczeńca. Nieraz patrzył rozmarzonym wzrokiem na takich wędrownych ascetów, kiedy któremuś zdarzało się zajść do wsi. Przepasani kawałkiem materiału, nie mieli nic ze sobą.
Szczęśliwi! - myślał wtedy. - Nie muszą się troszczyć o nic...
I marzył, aby do nich dołączyć.

Matka chłopca jednak nawet słyszeć o tym nie chciała. Zaczęła nawet rozglądać się po okolicy za przyszłą żoną dla jedynaka...

Pewnego dnia jednak chłopiec kąpał się w rzece, gdy wtem wynurzył się ogromny krokodyl i złapał go za nogę. Głośny krzyk syna przeraził matkę. A był taki zwyczaj, że w śmiertelnym niebezpieczeństwie można było przyjąć sannjasę bez żadnych obrzędów, ażeby umrzeć już jako człowiek świątobliwy. Chłopiec zawołał do matki, żeby natychmiast pozwoliła mu zostać wyrzeczeńcem. Przerażona kobieta zgodziła się - i w tej chwili krokodyl puścił nogę chłopca i zniknął w rzece.

 A Siankara zaczął przygotowywać się do nowego, wolnego życia...



Pięć wierszy o przepasce

 Wędruje radośnie w gaju słów Wedanty,
Tyle co użebrze, zje zadowolony,
Smutku nie dopuszcza do serca – zaprawdę,
Noszący przepaskę jest błogosławiony!
 Jedynym schronieniem jest mu drzew podnóże,
Za miskę mu służą dłonie połączone,
Skarby tyle ceni co szmaty – zaprawdę,
Noszący przepaskę jest błogosławiony!
 Raduje się szczęściem, które nosi w sobie,
Żądze wszystkich zmysłów zgasił uciszony,
Dzień i noc trwa w szczęściu Brahmana – zaprawdę,
Noszący przepaskę jest błogosławiony!
 Wycofał swe czucie z umysłu i ciała,
Wciąż w siebie samego w sobie zapatrzony,
Co wewnątrz, co zewnątrz niepomny – zaprawdę,
Noszący przepaskę jest błogosławiony!
 Sylabę Brahmana najświętszą powtarza,
„Ja jestem Brahmanem” – do głębi świadomy,
Jałmużną się żywi, swobodny – zaprawdę,
Noszący przepaskę jest błogosławiony!



Osiem strof o szczęśliwych

To jest poznaniem, co zmysłom ucichnąć każe,
To trzeba poznać, co pewne w Upaniszadach,
Ci są szczęśliwi na ziemi, co mocno dążą
Do Najwyższego – zaś reszta błądzi w złud świecie.
 Wpierw pokonawszy przedmioty, wrogów: mrok, pychę,
Żądzę, nienawiść, zdobyli królestwo jogi.
Poznawszy naukę, ciesząc się wiedzą duszy –
Małżonką swą, w leśnej chacie żyją szczęśliwi.
 Rozkosz, przyczyna upadku, została w domu.
Spragnieni swej duszy, piją sok Upaniszad.
Wolni od pragnień, niechętni uciechom zmysłów,
Szczęśliwi, żyją w ustroniu z dala od ludzi.
 Wyrzekłszy się dwóch słów–więzów: Ja oraz Moje,
Jednacy w czci i pogardzie, jedno widzący,
Innego uznają sprawcą, Jemu składają
Dojrzałe owoce czynów, błogosławieni!
 O nic nie prosząc, wpatrzeni w szlak wyzwolenia,
Żywią swe ciało nektarem żebraczej strawy,
Na światło najwyższe zwane Najwyższą Jaźnią
Patrzą w serc tajni, szczęśliwi, dwakroć zrodzeni!
 Ci, co czczą, w jednym skupieni, jedno Nasienie
Brahmana, co nie jest bytem ani niebytem,
Mężem, niewiastą, eunuchem, wielkim ni małym,
Królują szczęśliwi! Inni są więzach świata.
 Patrząc na świat zanurzony w bagnie niewiedzy,
Nietrwały i bezsensowny, pełen cierpienia,
Chorób, narodzin i śmierci, jak na więzienie,
Bez żalu zeń uciekają mędrcy szczęśliwi!
 Wraz z łagodnymi, cichymi, z myślą skupioną,
Upewnionymi w jedności, od złud wolnymi,
Tej rzeczy, która jest stanem poznania siebie,
W pełni wciąż doświadczają w lasach, szczęśliwi!


ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy
ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy
ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy
ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy
ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy
ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy
ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy
ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy
ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy
ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy ROZWÓJ DUCHOWY rozwój duchowy Rozwój Duchowy











































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Formularz kontaktowy - jeśli masz jakieś pytanie, zapraszam do korespondencji

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *